kwi 082018
 
P8800649-002

Gdzie ten śnieg?W zeszłym roku tęgi mróz i sporo śniegu, a w tym – bardzo łagodna zima i śniegu jak na lekarstwo. Na szczęście wystarczyło do odbycia piątkowej wycieczki telemarkowej, którą rozpoczęliśmy XVII Polskie Spotkanie Telemarkowe. A widoki na ciekawą wycieczkę były marne, wszędzie po drodze trawa, nawet na parkingu pod gondolą Jaworzyny, która była punktem startowym. Ale okazało się, że wystarczy przejść jakieś 200m w głąb doliny żeby móc założyć narty. Grupa jednak była ciągle nieufna i narty założyliśmy dopiero po wyjściu na grzbiet oddzielający Czarny Potok od Słotwin. Ciągle jeszcze przy zachmurzonym niebie, ale bliżej Runku przywitało nas ładne słońce. Powyżej 800 m.n.p.m śniegu w bród. Z Runku powrót na Jaworzynę i zjazd na dół tamtejszą trasą narciarską.

Z kronikarskiej skrupulatności muszę wspomnieć że Jurek Kołek postanowił prześcignąć tym razem mistrza w zabraniu-niczego, Andrzeja ‚Cowytamnosiciewtychplecakach’ Stanka i rzeczywiście nie zabrał plecaka. Najwyraźniej głodował podczas wycieczki ale przyznać trzeba że nie odstawał (w tym roku) :)

Tempo wycieczki jakieś 2 razy większe niż w zeszłych latach, do teraz zachodzimy w głowę co było powodem. Dość że skończyliśmy wycieczkę wczesnym popołudniem, a nie po zmroku jak to zwykle bywało. Zaoszczędzony czas część osób zmitrężyła w przybytku CristalPatio dyskutując o różnych bzdurach typu np. ‚fakto-twórcza rola mediów w życiu telemarkowca’. Kuśtykający Plakat nas tam zaprowadził.

Piątkowa część wieczorna w Kasztelance, tegorocznej bazie PST – na luzie – oglądnęliśmy film z Lofotów Aleksey’a (niestety bez samego Aleksey’a, który nie dał rady dotrzeć) i wysłuchaliśmy rysu kartograficznego dotyczącego freeride’u w Beskidzie Sądeckim zaprezentowanego przez Brata Grzegorza, który niezrażony faktem że wszycy przysypiają (a niektórzy ostentacyjnie śpią na stołach) ciągnął bezlitośnie opowieść aż do końca. Co więcej obiecał, że upubliczni tajne zapiski z Beskidu Sądeckiego na Polskiej Stronie Telemarkowej, ale oczywiście do teraz tego jeszcze nie zrobił. Potem atmosfera zrobiła się jeszcze luźniejsza.

 

Sobota to oczywiście warsztaty telemarkowe – słoneczko niestety nie zawitało do nas. W tym roku niezwykle liczna grupa BC – lekki telemark ale i w innych grupach uczestników nie brakowało. Ponad 2 godziny wałkowania techniki na różnych poziomach zaawansowania – bardzo dziękujemy naszym instruktorom za zaangażowanie.

 

W porze obiadowej miła niespodzianka – sponsorowany posiłek z kiełbaską przez Partnera Polskich Spotkań Telemarkowych – stację Słotwiny Arena. Serdecznie dziękujemy.

Słotwiny Arena - Partner PST

A po południu zawody – tym razem poprowadzone okrężną trasą, dosyć długą i bardziej płaską niż w zeszłym roku. Na trasie m.in. obieg wokół tyczek 360 stopni, podbieg, no i naturalnie bramki. W stromszym odcinku muldy dawały się zawodnikom we znaki, ale wszyscy dotarli na metę szczęśliwie i prokurator nie musiał interweniować.

Wieczorna część Spotkania – oczywiście w Kasztalance – rozpoczęła się od wręczenia nagród zwycięzcom zawodów i dyplomów wszystkim uczestnikom. Potem Piotrek Kapustianyk zrelacjonował  wizytę Telemark Demo Team Poland w Japonii. No i coroczny punkt wieczoru – diaporama Waldka Czado okraszona wprowadzeniem Erwina Gorczycy z wyprawy narciarskiej w Alpy – tym razem Monte Rosa.

W międzyczasie wśród uczestników Spotkania rozdane zostały okolicznościowe koszulki telemarkowe i gadżety w postaci pasków do związywania nart z nadrukami Polskich Spotkań Telemarkowych.

 

Niedziela przywitała nas w Słotwinach dosyć niskimi chmurami i mgłami – jeździliśmy czasami we mgle, czasami ponad.

Nieco po 10tej przed południem zaczęliśmy przebieraną zabawę na stoku p.t. „Tele by było tego”. Pomysłowość uczestników jak zwykle dopisała – oprócz nieodłącznie osób w tradycyjnych strojach narciarskich była również hawajska baba w bikini, indianka, motylek, stwór z Muppetów, lamparcica, meksykanin, pszczelarz z pszczółkami, murzynek Bambo, Św. Mikołaj i inni. Część uczestników przebrała się nawet za instruktorów narciarskich.

Spotkanie zakończyliśmy nieco po południu.

 

Bardzo dziękujemy wszystkim którzy przyczynili się do organizacji tegorocznego Spotkania Telemarkowego, a w szczególności:

  • Piotr Kapustianyk – za organizację zawodów telemarkowych, prowadzenie warsztatów i udostępnienie sprzętu z wypożyczalni i inne
  • Sławek Lassak, Józiu Szot, Leszek Witt – za prowadzenie warsztatów telemarkowych
  • Tomek Bryniarski – za pomoc w przygotowaniu i realizacji gadżetów
  • Ośrodek Narciarski Słotwiny Arena – Partner PST – za udostępnienie stoku na czas zawodów, zniżkowe karnety i poczęstunek dla uczestników PST
  • Willa Kasztelanka – za serdeczne przyjęcie i miłą obsługę.

Dziękujemy również wszystkim uczestnikom za stworzenie niepowtarzalnej atmosfery i mile spędzony czas! Jest to dla nas największa i najlepsza motywacja do organizacji kolejnej imprezy, na którą już dzisiaj Was zapraszamy :)

 

Galeria zdjęć ze Spotkania

 

 

 

paź 112017
 

Zima w Beskidzie Sądeckim w tym roku zechciała nam wynagrodzić wszelkie niedostatki z lat poprzednich. I wyszło jej to bardzo fajnie, jeśli idzie o śnieg, którego nie brakowało, a jak wiadomo śniegu nigdy nie jest za dużo. Ale trochę przesadziła z mrozem i wiatrem, którymi mogłaby obdzielić jeszcze trzy kolejne Polskie Spotkania Telemarkowe. Co najmniej trzy …

P1060718

Szczególnie rześko było pierwszego dnia PST, czyli w Trzech Króli. Ale nawet temperatura w okolicach -20 oC i silny wiatr w zasadzie nikogo nie wystraszyły i na parkingu na Słotwinach pojawiła się silna ekipa telemarkowa mocno zdecydowana, żeby wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi odbyć wycieczkę po tutejszych górach. Na szczęście okazało się, że najtrudniejszy był pierwszy, a przy tym krótki etap tej zimowej ekspedycji, gdzie słotwińskie polany przypominały azjatycki step smagany mroźnym wiatrem. Za to na końcu czekał pierwszy bonus w postaci puchowego zjazdu do doliny Czarnego Potoku. Potem już było przyjemne człapanie głęboką dolinką, podziwianie zimowych widoków i dyskusje o przewagach łuski na foką itp. Po dotarciu na grzbiet i przezwyciężeniu lekkiego zamieszania topograficzno-nawigacyjnego, wycieczka została domknięta i znaleźliśmy się z powrotem na Słotwinach. I tutaj był drugi bonus, gdyż okazało się, że polany nie zostały wywiane przez wiatr, a za to leżało na nich sporo świeżego puchu i na koniec pojawiło się jeszcze słońce.

Drugiego dnia ani mróz ani uczestnicy PST nie odpuścili. Przed południem odbyły się warsztaty telemarkowe, w trakcie których każdy mógł szlifować swoje narciarskie umiejętności, a początkujący mogli stawiać swoje pierwsze kroki, a raczej skręty, pod okiem doświadczonych instruktorów. Interesującym trendem jest rosnące z roku na rok zainteresowanie lekkim telemarkiem, czyli jazdą na sprzęcie BC. Wszyscy zaś błogosławili nową kanapę z deklem na Słotwinach, dzięki której można było lekko odtajać na stoku. Mróz zmusił jednak w końcu organizatorów do modyfikacji popołudniowych planów i aby uniknąć przymarzania zawodników do tyczek, zamiast zawodów został przeprowadzony jedynie trening na trasie telemarkowego cross’u, czyli można było minąć kilka tyczek, przebiec się wokół jeziora, a na koniec przelecieć w powietrzu parę metrów. Finałem dnia spędzonego na stoku było ognisko i bałkańskie przyśpiewki prowadzone przez niezawodnego Śledzia Nadmorskiego, oczywiście.

Wieczorem wszystkich ominęła ceremonia wręczenia nagród za zawody telemarkowe, które się nie odbyły. Ale miejmy nadzieję, że puchary będzie można zobaczyć w przyszłym roku. Siłą rzeczy szybko przeszliśmy do kolejnego punktu programu, którym był wykład Piotrka Kapustianyka o kondycyjnym przygotowaniu do zawodów telemarkowych, których jak już wiemy nie było, ale za to temat będzie jak znalazł na przyszły rok, chyba że znowu jednak nie, ale kto to wie, więc nie ma o czym gadać. Następnie uczestnicy Spotkania mieli okazję zapoznać się z włoskim producentem nart Blossom i jego aktualną ofertą. A na zakończenie części formalnej niezawodny Erwin pokazał diaporamę z Alp Otztalskich. Po tym wszystkim rozpoczęła się dyskoteka, na której wielu się świetnie bawiło, a ci co nie bawili się tak świetnie złożyli solenne zobowiązanie, że w przyszłym roku zakręcą całą imprezą, że „hej!”

W niedzielny poranek okazało się, że większość naszych samochodów bardzo sumiennie wywiązała się z niedawnych noworocznych postanowień i już przestała palić … Kable życzliwie krążyły wśród zmotoryzowanych uczestników Spotkania, a radosnym pogawędkom i pogwarkom przy akumulatorach (o ile ktoś w końcu znalazł go w swoim pojeździe – zwłaszcza tym produkcji bawarskiej) nie było końca. Aż żal było te rozmowy kończyć, gdy samochody odpaliły i dowiozły nas na Słotwiny Arena. Tam poszły w ruch wszelkie dziwne stroje bezczelnie rąbnięte własnym dziatkom lub wyłudzone od nieświadomych zagrożenia dziadków, maski gazowe, szlafroki i co kto jeszcze miał pod ręką, względnie odnalazł w śmietniku sąsiada tuż przed wyjazdem na PST. Jak mawiają gorącokrwiści Szwedzi zrobiła się zabawa w ”piraterna och indianerna” na całego! I trwała, aż się skończyła!

Zdjęcia Sławka – chyba z piątkowej wycieczki, bo dużo śniegu

Zdjęcia Grześka - prawdopodobnie z piątkowej wycieczki, bo dużo ludzi

Film Przemka – na pewno z niedzielnej imprezy, bo takie rzeczy tylko na PST

 

mar 162017
 
DSC03099

DSC03101Polskie Spotkanie Telemarkowe nr 15 odbyło się w scenerii nieco innej niż zwykle. Tym razem telemarkowcom gościny udzieliło schronisko na Jaworzynie Krynickiej. Klimat był w pełni górski, gdyż schronisko znajduje w pewnym oddaleniu od szczytu Jaworzyny i jej tras narciarskich. A codzienne śniadanie z widokiem na Beskid Sądecki i Niski dawało gwarancję dobrego startu w kolejny narciarski dzień. Jeśli idzie o warunki narciarskie … no cóż, każdy wie jakie było ostatnie kilka zim i tym razem słaby początek zimy również nie dał szans na pełne zrealizowanie programu PST. Liczyliśmy, że w piątek pierwszego dnia imprezy uda się wykorzystać z którąś z licznych możliwości jakie stwarza Jaworzyna i okolice dla narciarstwa wspomaganego foką lub smarem. Niewielki wieczorny opad śniegu nieco rozbudził nasze nadzieje, lecz poranek nie pozostawił wątpliwości, że trzeba będzie udać się na sztucznie śnieżone stoki Jaworzyny.

 

 

Sobota zgodnie z programem przyniosła warsztaty telemarkowe oraz zawody o najpięknieszy skręt. Działaliśmy na stokach Jaworzyny. Wszyscy przeżyli.

Za to sobotni wieczór… sobotni wieczór również odbył się w.g. planu, dotarł Sklep Podróżnika i otworzył swoje podwoja, potem Piotrek Kapustianyk opowiadał o wyjeździe do Patagonii, Erwin pokazał diaporamę z tury z Grand Paradiso a Bartek Śliwa (Ciruela) obszernie wyjaśniał nam na czym polega produkcja nart. O późniejszej części programu niestety nie napiszę, bo film… znaczy nie pamiętam, tyle to już czasu…

Niedziela to „Teloście piknji kiej tele cud?, czyli przebierana zabawa na stokach Słotwiny Arena. Nie zabrakło górala, hokeisty, rycerza, wioślarza, żołnierza, Św. Mikołaja, Śmierci, króliczków, oldskulowo ubranych uczestników i Bóg wie kogo jeszcze. Poniżej krótki filmik z tej imprezy:

 

 

Oraz galeria ze zdjęciami tutaj:

      Link do galerii zdjęć

mar 112015
 
14tePST_thumb

Tegoroczna zima zapewne nie zostanie uznana przez narciarzy za najwspanialszy sezon bieżącego stulecia. Przez nas jednak będzie bardzo dobrze wspominana dzięki trzem wyjątkowo pięknym i słonecznym dniom, które przypadły na 14-ste Polskie Spotkanie Telemarkowe. Prawdę powiedziawszy nigdy nie było tak doskonałej pogody na PST jak w tym roku. A nie byłoby to możliwe, gdyby organizatorom na zeszłorocznej styczniowej trawie nie wysiadła psychika, i nie postanowili przenieść Spotkania Telemarkowego na drugą połowę lutego.

Piątek – 20 lutego

Piękna pogoda na turę...

Pierwszy dzień PST jest już od jakiegoś czasu przeznaczony na lekką turę narciarską. W przeszłości różnie bywało z warunkami, lecz w tym roku wszystko nam mówiło,że będzie dobrze. W poprzednim tygodniu dosypało śniegu, a teraz mieliśmy słońce, błękitne niebo i lekki mrozik, który w ciągu dnia miał całkiem odpuścić. W tych okolicznościach przyrody na parkingu w Szczawniku o godz. 9:00 zebrała się silna grupa telemarkowa, która trwała w niezłomnym przekonaniu, że wyruszy w trasę o godz. 10:00. I tak też się stało!

Na KotylniczymRuszyliśmy w górę dolinki Szczawnika, żeby wkrótce odbić na Kotylniczy Wierch przez rezerwat Żebracze. Śnieg był zbity i praktycznie nie wymagał torowania, więc ekspedycja w szybkim tempie dotarła na szczyt Kotylniczego, skąd rozpościerał się piękny widok na Tatry. Po krótkim popasie wycieczka ruszyła bukowym lasem w dół. Zdesperowani wybrali gradient, a pozostali mogli skorzystać z wygodnego toru do skibobów, który biegnie z Kotylniczego Wierchu do doliny Szczawniczka. Na koniec pozostało dotrzeć jeszcze do parkingu, ale okazało się to bardziej skomplikowane niż wydawało się na mapie. Do sforsowania były dwie głębokie paryje z brzegami porośniętymi gęsto drzewami i innymi krzaczorami.

Wieczorną część spotkania rozpoczęła prezentacja w trakcie której Aleksiej Duma z Ukrainy opowiedział nam o telemarku w swojej ojczyźnie. Aleksiej opisał również główne ośrodki narciarskie u naszego wschodniego sąsiada. W drugiej części wieczoru mieliśmy okazję obejrzeć film telemarkowy „Vertical Integration”.

Sobota – 21 lutego

Sobota to dzień warsztatów telemarku...Sobota jak zwykle była głównym dniem PST, więc i program był dość napięty. Najtwardsi z najtwardszych udali się bladym świtem na szkolenie technik biegowych, które odbyło się na pobliskiej trasie biegowej w Czarnym Potoku. Następnym punktem programu były warsztaty telemarkowe w ośrodku Master-ski w Tyliczu. Zainteresowani uczestnicy zostali podzieleni na sześć grup w zależności od poziomu umiejętności. Była też dodatkowa grupa dla osób jeżdżących telemarkiem na sprzęcie BC. Instruktorzy nie pozwolili uczestnikom obijać się przez kolejne dwie godziny i chwała im za to :)

... i zawodów 'Telestrzała 2015'Po posiłku przyszedł czas na zawody „Telestrzała 2015″, czyli slalom równoległy z małą hopką pośrodku. W trakcie ciepłego i słonecznego dnia wydawało się, że o zwycięstwie zdecyduje smarowanie nart i masa zawodnika, gdyż śnieg koło południa zaczął się robić miękki i mokry. A tu nic z tego! Wczesnym popołudniem wraz ze spadkiem temperatury i nasłonecznienia śnieg zaczął marznąć, a stok robić się twardy i naprawdę szybki. Dołóżmy do tego szczyptę adrenaliny wywołanej bezpośrednią rywalizacją i systemem pucharowym, a emocje robią się całkiem spore. Zwłaszcza na późniejszych etapach zawodów nikt nie zaciągał ręcznego przed hopką, a różnice na mecie bywały minimalne.

Wieczorem czekał nas dość bogaty program. Po wręczeniu nagród dla najlepszych zawodników Telestrzały, na scenę wkroczył Erwin Gorczyca z diaporamą Waldka Czado, która opowiadała o przejściu,  a raczej pokonaniu, słynnej alpejskiej Haute Route z Chamonix do Zermatt. Ktoś mógłby zapytać , co w tym niezwykłego, skoro co roku dokonują tego zapewne tysiące narciarzy. Rzecz w tym, że Erwin z Bartoszem pokonali Haute Route w strojach i na sprzęcie retro(!).

Zakaz telemarku???!!!!Kolejnym punktem była prezentacja pierwszego polskiego programu nauczania telemarku. Piotrek Kapustianyk opowiedział o kulisach tego przedsięwzięcia i przedstawił zarys treści podręcznika. Na koniec obejrzeliśmy film, który stanowi integralną część całego programu-podręcznika.

Następnie w sposób zupełnie naturalny uczestnicy Spotkania przeszli do zajęć w podzespołach roboczych, których zadaniem było pogłębić i poszerzyć treści zarysowane przez prelegentów.

Niedziela – 22 lutego

Wygłupy na maksa przez cały dzień.Niedziela przywitała nas na Jaworzynie Krynickiej wciąż wspaniałą, słoneczną pogodą. Wesołe towarzystwo telemarkowe stawiło się licznie, i co równie ważne w strojach i przebraniach, które niezbicie świadczyły o nieco utraconym kontakcie z szarą rzeczywistością, zwłaszcza że na stoku trwała akcja „Bezpieczna zima”. Roli wodzierejów tego zakręconego tele-korowodu podjęli się Józio i Mirek z Demo Teamu, a mnie pozostaje jedynie stwierdzić, że z takimi zdolnościami to się trzeba po prostu urodzić :) Pod ich przewodem telemarkowa ekipa przetoczyła się kilkukrotnie po stokach Jaworzyny, a to wzdłuż, a to wszerz,a czasem nawet nieco po ukosie. Elementy jazdy grupowej wypadły szczególnie pomyślnie, dzięki czemu ani fauna, ani flora Beskidu Sądeckiego nie została w nadmierny sposób naruszona, a z pewnością będzie w stanie się relatywnie szybko odbudować.

I to by było na tyle miłych wspomnień z 14-stego Polskiego Spotkania Telemarkowego. Dziękujemy wszystkim uczestnikom za stworzenie wspaniałej atmosfery i zapraszamy w przyszłym roku!

Ekipa jak się patrzy

Zdjęcia Seba

Zdjęcia Maćka z GoPro

Zdjęcia Bartosza

 

sty 152014
 
Narty na zatłoczone stoki

W tym sezonie w cyklu corocznych Polskich Spotkań Telemarkowych padło na złowieszczą trzynastkę.  Ale, ale, przecież nie jesteśmy przesądni, liczba jak liczba. Nie będziemy bawić się w Amerykanów i po 12-tce przechodzić do 14-tki. Zrazu zapowiadało się, że to jak zwykle zabobony – grudzień zaczął się śnieżnie, a Krynica i Wierchomla aż do Świąt Bożego Narodzenia prezentowała się jak należy – zima wszędzie, biało wszędzie, „co to będzie, co to będzie…” Ale, po Świętach w miarę jak się rozwijała polska złota jesień to zaczęło mi bardziej po głowie chodzić: „… nic nie będzie, nic nie będzie…” Odwołujemy wycieczkę, odwołujemy warsztaty z technik biegowych, odwołujemy zawody – nie ma śniegu żeby wkręcić tyczki… Ludzie pewnie też nie przyjadą – w miastach zbierają stokrotki, kto się wybierze na lepienie bałwana z błota i rzucanie się błotnymi kulkami…

Piątek (10 stycznia)

Rano budzą mnie krople deszczu bębniące po dachu – tjaaaaaaa, jednak jest to prawdziwie trzynaste Spotkanie. Od 4 tygodni świeciło słońce, a akurat w pierwszy dzień Spotkania musi lać deszcz. Trzynastka zobowiązuje w końcu…

Grzyby i stokrotki dookoła ale stok w Szczawniku przygotowany

Grzyby i stokrotki dookoła ale stok w Szczawniku (Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla) przygotowany

Jedziemy do Szczawnika, ośrodek Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla od strony Muszyny – trzeba być o 9:00 rano w razie, gdyby jakiś szaleniec się jednak pojawił. Ciągle leje deszcz, ale ICM wieści, że za 17 minut deszcz ustanie i w ogóle to będzie piknie i słonecznie. Przyjeżdża autobus alpejczyków, wysiadają, patrzą na o dziwo biały stok, delektują się przez chwilę deszczem, po czym mrucząc coś pod nosem wracają do autobusu i odjeżdżają. Ja tymczasem zastanawiam się, jak to możliwe że stok jest biały i dobrze przygotowany. Grzybiarze niedługo pojawią się w okolicznych lasach, a tu solidny pas białego…

Nie mija wiele czasu i swoją terenową Ładą przyjeżdża Jacek – czyli jednak Spotkanie się odbędzie :) Chwila moment i jest już nas kilkanaście osób. Jak to możliwe? Nawet przy bardzo ładnej zimie, rzadko w piątki bywa więcej niż 20 osób – a tu kilkanaście i przybywa z każdą chwilą. Myślę sobie; co się dziwisz? To w końcu telemarkowcy, lud twardy i uśmiechnięty; gdyby taki nie był, to by się nie uczył telemarku tylko siedział przed telewizorem i narzekał.

Dobra, nie ma co się ociągać, zaczynamy jeździć. Wskakuję w sprzęt BC, na którym zaczynaliśmy telemark – okute śladówki z łuską długie na 210cm, wymiary 57-55-56, zakładam skórzane buciczki, które nie trzymają niczego i do tego są na mnie za duże – bo Wojtkowe… Muszę sprawdzić czy jeszcze na tym potrafię zjeżdżać. W końcu ubrdałem sobie, że w tym roku przebiorę się za siebie samego tylko 15 lat wstecz… Pierwszy zjazd dramatyczny, drugi dużo lepiej – gorąco przy tym jak nieszczęście. Powinno się udać, w końcu Erwin i spółka mają sporo gorzej na sprzęcie z 1920 – ja z 1995. Będę 75 lat do przodu :) Ostatecznie zmieniam sprzęcicho na współczesne i jeżdżę dalej.

 

Warunki na stoku naprawdę przyzwoite, żywej duszy praktycznie nie uświadczysz, oczywiście oprócz tych telemarkowych. Cały stok dla nas. Wkrótce obok pięknego słońca i lekkiego wiatru pojawia się również Piotrek Kapustianyk z  Telemark Demo Team Poland i zaczynamy różne obyrtańce – a to ćwiczenia w parach, a to jazdę synchroniczną…

 

 

…a to jazdę asynchroniczną.

 

 

Ta ostatnia wychodzi zdecydowanie najlepiej :)

Jest fajnie, jednak da się jeździć, humory dopisują, narty niosą. Ale nie wszystkich to satysfakcjonuje; grupka osób, która nie może się pogodzić z odwołaniem piątkowej wycieczki wybiera się na takową zakończoną pięknymi zjazdami w dziewiczym terenie.

 

 

Koniec dnia, zasuwamy do CD LSD, znaczy CP PKS, znaczy CS LZD… (Centrum Szkoleniowe Leśnych Zakładów Doświadczalnych w Czarnym Potoku w Krynicy), jeszcze kolacja i zaczynamy piątkowo-wieczorną część. Dzisiaj kinematografia – na tapecie ?Let?s go!? i ?Loyalty?, obydwie produkcji Josha Madsena. Miła odmiana po zeszłorocznym Powderwhore. Wreszcie dużo, dużo telemarku – no może w „Let’s go!” trochę za dużo freestyle i Amsterdamu, ale za to w ujęciach z Morgedal dostrzegamy Maćka Kasperczaka i Rafała Milewskiego :)

Dodatkową wieczorną atrakcją jest niedźwiedź, który łażąc po sali a to próbuje wywalić stolik, a to zgniecie puszkę z piwem tak że trudniej z niej pić :)

 

Sobota (11 stycznia)

Andrzej napomina, żeby nie robić bydła i nie slalomować pod wyciągiem

Andrzej napomina, żeby nie robić bydła i nie slalomować pod wyciągiem

Dzień warsztatów, dzisiaj będzie cały dzień piękne słońce. Jedziemy do Tylicza do stacji Master-Ski. Tutaj też o dziwo na stoku biało – da się zjechać, chociaż dookoła zielono-brązowo. Znowu stanowimy większość narciarzy. Andrzej w trosce o dobre imię grupy telemarkowej gorąco napomina, żeby nie robić bydła i nie slalomować pod wyciągiem.

Mamy sporo czasu, plan jest wyluzowany, wypadły zawody – zrobimy warsztaty na stoku i pobawimy się, bez spiny. W tym roku wprowadziliśmy warsztaty na sprzęcie BC, zebrała się pełna grupa. Szkoda, że trasa biegowa w Czarnym Potoku wytopniała, byłyby jeszcze do tego warsztaty z technik biegowych – może w przyszłym roku się uda.

Tworzymy łącznie 6 grup warsztatowych o różnych poziomach zaawansowania – warsztaty prowadzone są przez Ewę, Leszka, Tomka, Sławka, Józka i mnie. Piotrek pojawia się to tu, to tam, dorzuca uwagi i prezentuje. Warsztaty trwają ponad 2 godziny – mam nadzieję, że coś się udało przekazać, pomóc… Na chwilę do karczmy przy stoku – fajna, duża, przestronna – siadamy, coś jemy, interesujące rozmowy o sprzęcie i trochę o technice, ale już po chwili z krzesełek wyrywa niecodzienny widok – Telemark Demo Team Poland jak przystało na kryzysowe czasy ćwiczy w czteroosobowych nartach.  Jedna para dla całego Teamu. To się nazywa oszczędność.

No i brak strat w ludziach.

Zbliża się sobotnio-wieczorna część Spotkania; ludzie raz po raz pytają czy zaczyna się o 19:30, ja z pełnym przekonaniem odpowiadam, że „gdzie, skąd! Przecież o 19:00″ . O 19:00 na sali jakoś pustawo, trochę ludzi jest, ale reszty nie ma, łącznie z prezenterem :) Patrzę na program – no tak, w programie 19:30. Idę połazić, może zgarnę więcej ludzi wcześniej – trafiam do „stróżówki” próbując wygonić niedźwiedzia i towarzystwo żeby szli na salę, ale jedyny efekt jaki uzyskuję to ból brzucha od rechotu po opowieści o Czarnym Bacy i Czarnym Baranie.

Erwin opowiada o zeszłorocznej wyprawie narciarskiej na Mont Blanc vel Monte Bianco vel Białystok i o rotawirusie-sztafetniku. Potem niezmiennie poruszająca diaporama Waldka Czado, ehhh, te widoki i muzyka.

Piotrek prezentuje bardzo ciekawą relację z zagadnień biomechaniki skrętu telemarkowego. Badania przeprowadzone na krytym stoku na Litwie przy użyciu 26ciu czujników bezwładnościowych, przeznaczonych do rejestracji ruchu w 3D robi wrażenie. To bodajże pierwsze takie badania w Europie przy użyciu tak nowoczesnego sprzętu i jedne z pierwszych na świecie, do tego dotyczą telemarku właśnie. Wypas! Piotrek zapowiada też pierwszy polski podręcznik do telemarku – pierwsze wydanie ma być na wiosnę – będzie się działo :)

Pomni na narzekania Andrzeja odnośnie sztampowych amerykańskich produkcji narciarskich puszczamy polskiego klasyka freeride’owego:

Potem norweski film o Sondre Norheimie z lat 70tych – jak ci goście jeżdżą i skaczą na tych starych nartach – niewyobrażalne. Coś tam jeszcze puszczamy i jest wreszcie czas, żeby spokojnie pogadać z różnymi ludźmi o telemarku i nie tylko. Dowiaduję się m.in. , że skocznia Erwina już stoi, ale technika V przy skoku nie jest zalecana, bo lądowanie jest w sadzie. I kupę innych ciekawych historii – jak to wieczorami na PST. Kto był to wie :)

Na sali ok. 50 osób – biorąc pod uwagę, że dobrze ponad 10 osób było w piątek i sobotę na stoku, a nie zjawili się na części wieczornej -  daje nam liczbę ok. 60ciu aktywnie telemarkujących – coś takiego! Pomimo tak kiepskiej aury tylko 8 osób mniej niż w zeszłym roku (!).

 

Niedziela (12 stycznia)

czyli część przebierana. Znowu Szczawnik (Dwie Doliny) – szkoda, że dzisiaj nie będzie słońca. Oczywiście jak co roku silny trzon retro w tym roku znacząco wzmocniony o Demo Team, ale również Zuzia w szlafroku, farbowany Paweł i inne pomysły :)

 

Zaczynamy zjeżdżać a z krzesełka ktoś się wydziera; patrzę, kudłate, białe wełniane nogi, pewnie owca Czarnego Bacy. Ale nie, okazuje się, że to Jaskiniowiec, który już kogoś najwyraźniej zjadł :)

 

Jeżdżę sobie na starym sprzęcie BC w za dużych butach – wychodzi nie tak jak dawniej, ale nie jest najgorzej. Myślę sobie – ostatecznie XIII PST okazało się nie aż tak bardzo pechowe; sporo się udało zrobić, ludzie chyba zadowoleni bo cały czas uśmiechnięci… no i wtedy na płaskim odcinku jadąc prosto podwija mi się kostka, leżę… noga w kostce skręcona… Ehhhh żeszzzzz… blade motyle, jednak pechowe Spotkanie, przynajmniej dla mnie :)

 


 

 

 

A tutaj więcej zdjęć ze Spotkania:

 

kwi 032013
 
IMG_2275
Poniżej relacja Leszka Witta z alpejskiej tury:

„Postanowiłem zrobić jakąś alpejską turę, jednak z braku czasu nie chciałem spędzać dwóch dni w samochodzie. Wybór padł więc na najbliższą w miarę wysoką górę ? Dachstein, ok. 700 km od domu. Ma 2995 m.n.p.m., ale ponieważ na szczycie stoi krzyż to większość folderów pokazuje tam magiczne 3 tysiące. Tak czy siak wyżej niż w Tatrach.

Na bazę wybrałem prywatne schronisko Lodge.at na Krippensteinie. Może nie jest bardzo tanio, ale to rzecz względna ? miejsce w pokoju dwuosobowym z full wypas śniadaniem ok. 35 euro. Z budynku na wysokości prawie 2100 m szeroka panorama i po założeniu nart od razu w dół ? takie warunki są warte swojej ceny. Początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do tej wysokości, ale po paru dniach było ok.

Pojechaliśmy we dwójkę, z Jurkiem, moim stałym partnerem wypraw górskich. Samochód został na parkingu a my gondolą z dodatkowymi bagażami na górę. Po zakwaterowaniu parę zjazdów po przygotowanych stokach i po najdłuższej austriackiej trasie zjazdowej (11 km) dało nam solidnie w kość.

Następny dzień przeznaczyliśmy na Dachstein. Start nastąpił dość późno (cała tura tylko 16 km wg mapy, co to dla nas?) i zaczął się ładnym zjazdem. Jednak myśl o powrotnym podejściu już wzbudzała niepokój. Nic to, cały długi dzień przed nami. Trasa okazała się bardziej urozmaicona niż zakładaliśmy, było sporo hopek, czyli tracenia w mozole zdobywanej wysokości. W końcu dotarliśmy do krzesełka na lodowcu, ale cóż, nie mieliśmy karnetów a poza tym nie na wożenie się wybraliśmy. Droga pod górę po wyratrakowanej trasie, czasem zakosami dłużyła się niemiłosiernie. Przyjemną niespodzianką okazał się ruchomy chodnik podwożący narciarzy na ostatnich kilkudziesięciu metrach przed górną stacją kolejki prowadzącej z Ramsau i restauracją. Niech żyje cywilizacja!

Po posiłku odzyskuję siły (Jurek jakby ich w ogóle nie stracił) i mogę iść dalej. Jestem dość zmęczony i po głowie plącze się myśl, żeby już zjeżdżać, ale jakoś człapię. I tak krok po kroku podchodzimy pod skały Hoher Dachsteinu, którędy prowadzi droga na szczyt. Tę ferratę zrobiliśmy już 3 lata temu i w pamięci zapadła jako dość łatwa więc uznaliśmy, że damy radę.

Narty zostają w śniegu a my zakładamy raki, czekany w łapę i ruszamy. Śnieg dość pewny, pogoda nie wróży załamania, można iść. Co prawda większość lin dostępnych latem jest schowana pod śniegiem, ale to co wystaje wystarcza. Po 30 min. wspinaczki stoimy na szczycie. Szybkie przybicie piątki i spadamy, to znaczy schodzimy w dół. Cóż, emocje były, w końcu ekspozycja słuszna, ale po swoich śladach jakoś zeszliśmy bez przygód.

Zjazd miał prowadzić przez schronisko Simonyhutt,e ale wybrałem niewłaściwą stronę lodowca i nie trafiliśmy. Może dobrze się stało, bo musieliśmy przeć naprzód bez możliwości noclegu po drodze a takie myśli chodziły po głowie. Zmierzch zapadł szybko, w dodatku zaczęły się drobne podejścia i zjazd przestał być przyjemny. W końcu na fokach, przy czołówkach doczłapaliśmy do schroniska Gjaid Alm. Już dawno złocisty trunek tak nie smakował. Tu nasz wysiłek się skończył, chociaż emocje jeszcze nie. Z naszego schroniska wysłano skuter i po chwili wjeżdżaliśmy jak pany na górę. Dystans 2 km plus 350 m przewyższenia przebyliśmy z zegarkiem w ręku w 3 minuty, na zakrętach (pod górę oczywiście) skuter zwalniał, ale i tak jechał tylko na zewnętrznej płozie. Ale jazda :)

W następnych dniach próbowaliśmy robić inne wycieczki i jeździć poza trasą, bo tereny są bardzo zachęcające, niestety nie było słońca, tylko rozproszone światło i śnieg zlewał się przed oczami w jedną białą plamę. Wielokrotnie któryś z nas niespodziewanie lądował w dziurze lub zjeżdżał nagle po niewidocznej skarpie lądując bynajmniej nie telemarkiem, co skutecznie zniechęcało do nieograniczonej eksploracji zboczy. Na koniec podeszliśmy jeszcze do pominiętego Simonyhutte, dokąd przez kilka kilometrów prowadziła wyratrakowana nartostrada ale na tyle urozmaicona, że jechało się z pieśnią na ustach.

Podsumowując, wyjazd bardzo udany. Prawie 5 dni na nartach w wysokogórskiej zimowej scenerii, przy niezłej pogodzie. Lodge.at jest świetnym miejscem do spędzenia, najlepiej przedłużonego, weekendu, zwłaszcza jeżeli priorytetem jest jazda pozatrasowa z wjazdami gondolą. Natomiast wadą miejscówki jest konieczność końcowego podejścia do schroniska, co po całym dniu turowania może być ponad siły. Jeżeli więc ktoś preferuje tury to lepszym miejscem jest Gjaid Alm.

Tu więcej zdjęć na Picasa.”

Autor: Leszek Witt

 

mar 122013
 
dzien-sniegu-sm

Po wielu staraniach udało się nam namówić do współpracy wybitnego sądeckiego prymitywistę Marcina mdeja BRyjowskiego. Przysłowiową szalę przeważyła wcale nieprzysłowiowa flaszka oraz spawarka i masaż relaksacyjny w gratisie.

Ten godny naśladowca Nikifora Krynickiego stworzył klasyczny w formie, ale niesłychanie bogaty w treści „edit” opisujący kilkanaście godzin życia miejscowych rajderów. Zwraca uwagę odmalowany z niezwykłą pieczołowitością cały kontekst kulturowy tego tak istotnego w życiu lokalnej społeczności wydarzenia jakim niewątpliwie jest wyprawa narciarska w okoliczne góry. Odpryski narastającego konfliktu rodzinnego wyczuwa się przez cały czas trwania wycieczki. Ale zakończmy na tym.

Dalej niech przemówi dzieło Mistrza!

 

 

 

sty 222013
 

Zawsze mam problem jak zacząć: zwykle ciśnie się „Kolejne Spotkanie Telemarkowe już za nami…”, ale tak właśnie ciśnie się co roku. Może nie będę zaczynał tylko od razu przejdę do sedna…

Dla mnie osobiście tegoroczne Spotkanie było wielkim testem wiary – a jak później się okazało z rozmów – również dla wielu uczestników Spotkania.  Wiary w zimę w Beskidzie Sądeckim. Początek stycznia 2013 wszędzie odcisnął swe wiosenne piętno; i w Sudetach, i w Tatrach, i nawet w Bieszczadach, o polskich miastach nie wspominając.  Wiosenne ulewy i zielona trawa zamiast grubej pokrywy śnieżnej i lamentów prezenterów telewizji, jak to będzie zimno, śnieżnie i nieprzyjemnie.

Na szczęście ten przykry los ominął rejon Krynicy i Wierchomli, gdzie śnieg jak spadł na początku grudnia tak pozostał formując dosyć konkretną i zwartą warstwę podkładową, nawet w lasach. Tak więc wybierając się z okolic Sącza do Wierchomli tuż po Świętach Bożego Narodzenia spodziewałem się przygotowanych tras i zielonych łąk a zastałem, ku mojej pełnej radości – całkiem ładną zimę wszędzie.

Spotkanie zaczęło się tradycyjnie w piątek (4.I) od człapanej wycieczki po okolicznych górkach. Wystartowaliśmy w 18 osób z dolnej stacji krzesełka w Szczawniku o godzinie 10:00 – jak to złowieszczo przepowiedział nam na forum Sławek Pilch, a nie o 9:00 jak planowaliśmy. Ze względu na silny wiatr zdecydowaliśmy się na podejście doliną w stronę Runku, a nie jak wcześniej zakładaliśmy przez Kotylniczy Wierch. Drobny śnieżek z czasem przeszedł w gęstszy opad, ale szło się bardzo sympatycznie, bo byliśmy dobrze osłonięci od wiatru.

Spod Runku już bez fok zjechaliśmy do Bacówki nad Wierchomlą gdzie mogliśmy się raczyć wspaniałymi wyobrażeniami panoramy z Tatrami w tle, która niewątpliwie rozciągałaby się przed nami, gdyby nie ten syberyjski huragan za oknami. W przytulnej atmosferze schroniska nie tylko posililiśmy się wystarczająco ale również nasłuchaliśmy się opowieści z cyklu „Gdzie mnie zastał koniec wojny”. W schronisku wywieszona na ścianie tabliczka jasno wskazywała, że „Spożywanie własnego alkoholu jest zabronione”.  Zakaz o tyle niefortunny, że kilka małych, ale zacnych tomików poezji narciarskiej aż wołało z piersiówek, znaczy z okładek, aby je przeczytać. Ostatecznie, chcąc być w zgodzie z literą prawa unikaliśmy czytania swoich pozycji, zadowalając się cudzymi.

Powrót standardowo grzbietem, z Bacówki w stronę górnej stacji krzesła Wierchomli, potem dalej w stronę Szczawnika. Szliśmy i doszliśmy przy silnym bocznym wietrze i sporym opadzie śniegu. Na dole krzesła Szczawnika spotkaliśmy przemoczonego Sławka, który oznajmił nam, że niżej w ciągu dnia śnieg przechodził w deszcz i nie było zbyt wesoło…

Piątkowy wieczór to sporo rozmów o telemarku i nie tylko i oglądanie kolejnego filmu zza wielkiej wody „Powderwhore – Choose Your Adventure”. O ile wieczornym rozmowom nie brakowało ducha, o tyle tej części Powderwhore zdecydowanie tak. Być może zeszłoroczny deficyt śniegu w Stanach spowodował, że w filmie chronicznie brak porywających telemarkowych kawałków. Ale dlaczego producent braki łatał snowboardem i techniką alpejską po kamieniach, tego nie wiem…

Sobota to dzień warsztatów. Do tego celu wybraliśmy ośrodek Master-Ski w Tyliczu. Bardzo szeroki stok o w miarę łagodnym nachyleniu i wystarczającej długości. Do tego przestronna, nowa knajpa u dołu stoku oraz konkretne zniżki na karnety.  Ostatecznie w warsztatach wzięło udział ponad 60 osób w sześciu grupach o różnym stopniu zaawansowania. 2 godzinne warsztaty pochłonęły pierwszą część dnia a trening na tyczkach dla chętnych drugą.  Zawody ostatecznie się nie odbyły, ze względu na niepokojące prognozy pogody (deszcz i silny wiatr).  Na szczęście deszczu nie było (zaczął sypać śnieg) ale dosyć silny wiatr dawał się we znaki.

Przez cały dzień można było oglądać kolekcję nart Skilogik dzięki firmie MaxxDistribution. Narty w całości zrobione z drewna, z inkrustowaną różnymi rodzajami drewna grafiką naprawdę robiły wrażenie. Szkoda, że ostatecznie nie udało się zrealizować praktycznych testów tych nart. Ale co się odwlecze to nie uciecze :)

Sobotni wieczór pękał od atrakcji; po prezentacji Mateusza Suchockiego (MaxxDistribution) na temat nart Skilogik wśród uczestników Spotkania zostały rozlosowane 40% rabaty na te narty oraz dodatkowo książki ufundowane przez Sklep Podróżnika. Takież nagrody dostali również najmłodszy oraz najstarszy uczestnik Spotkania. Bardzo dziękujemy Sponsorom.

Diaporama z przejścia Alp Albula w Szwajcarii prezentowana przez Erwina Gorczycę przeniosła nas w świat ośnieżonych szczytów, pięknych panoram i opowieści z jajem :)
Wojtek Moskal ze swoją Arktyką też nie zawiódł; dobre kilkadziesiąt minut slajdów i historyjek przerywanych salwami śmiechu. Wojtek i Erwin, jesteście genialni. Do teraz mnie przepona boli :)

Koniec końców wieczorna część ciągnęła się do późnej nocy, a skończyła nie później niż wczesnym rankiem.

W niedzielę pełna niespodzianka; Tylicz dzień wcześniej opuszczaliśmy w opadach śniegu. Okazało się jednak, że w nocy na chwilę temperatura podskoczyła zamieniając śnieg w marznący deszcz, po czym nad ranem przyszedł mróz.  Efektem był całkowity paraliż stacji Wierchomla, Szczawnik oraz Jaworzyny Krynickiej. Gdy dotarliśmy na miejsce zbiórki, czyli do dolnej stacji krzesła w Szczawniku, obsługa wyciągu właśnie wyciągnęła młotek i zaczęła odkuwać z lodu zamarznięte liny i łączniki. Jedyny obecny na stoku Lajkonik nie chciał dać się zaprząc do sań więc widząc co się dzieje wzięliśmy nasze graty na plecy i tak jak to dawniej bywało podeszliśmy sobie na nogach pod górę. Przez to przebierana impreza na stoku zrobiła się jeszcze bardziej retro.  Dodatkowo jeżdżąca z młotkiem w górę i w dół obsługa uśmiechała się przyjaźnie…

Ostatecznie krzesło ruszyło po 12:00 w południe co możliwość nienasyconym na przynajmniej częściowe zaspokojenie żądzy skrętów telemarkowych.  Tak też zakończyło się XII Polskie Spotkanie Telemarkowe.

I jeszcze gwoli statystyki; według naszych obliczeń na XII PST było obecnych 68 aktywnie telemarkujących osób nie licząc członków rodzin :)

 

Aha, nasz przezacny telemarkowy fotograf Jacek zrobił dwie miniserie pocztówek okolicznościowych do samodzielnego wydrukowania, oznaczkowania i wysyłania w świat jako część procesu ewangelizacji telemarkowej, która nie tylko na stoku, ale i w przestrzeni pocztowej uprawianą być może. Jedna seria bardziej do ewangelizacji dziadków po 40-tce


..a druga dla pokolenia facebooka, instagramu i ch… wie jeszcze jakich wirtualnych wynalazków.

 

A tutaj kilka galerii ze zdjęciami ze Spotkania:

- album Grześka Rogowskiego

- album Jacka Bełdowskiego

- album Anity i Gniewka

 

A tutaj inna relacja na blogu Anity :) Cieszę się, że się podobało :)

Film też powstał:

sty 172012
 
20120107_XI.PST_1995

Były to zawody drużyn 3-osobowych. Każdy z zawodników wykonywał jeden przejazd. Wynik drużyny to suma czasów członków zespołu. Dlatego dyskwalifikacja chociaż jednego członka zespołu powodowała dyskwalifikację całej drużyny.

Trasę zawodów stanowił slalom gigant z trzema dodatkowymi elementami charakterystycznymi dla telemarku:
- 360-tka
- skocznia
- korytarz do biegu

Jeżeli w drużynie byli sami mężczyźni wtedy jeden z członków zespołu był zobowiązany do okrążenia 360-tki dwa razy.

Poniżej prezentujemy wyniki drużynowe od najniższego czasu począwszy.

wyniki_IIMistrzostwaPST

Gratulujemy wszystkim uczestniczkom i uczestnikom!

sty 092012
 

Zima tego roku długo się ociągała ze swoim nadejściem, ale w końcu zdążyła tuż przed rozpoczęciem XI Polskiego Spotkania Telemarkowego.

Pierwszy dzień Spotkania (piątek – 6 stycznia 2012) został poświęcony na małą telemarkową turę narciarską. Kilkunastu uczestników i uczestniczek wyruszyło z Czarnego Potoka (dolna stacja kolejki na Jaworzynę Krynickiej) w trasę wiodącą przez Bukową – Runek – Jaworzynę Krynicką z powrotem do Czarnego Potoka.

Aż miło było patrzeć jak z każdą chwilą przybywało śniegu równo sypiącego z nieba. Wycieczka nie była wymagająca, ale już na głównym grzbiecie wiaterek dawał się trochę we znaki, więc wszyscy ucieszyli się, gdy na szlaku zobaczyli rozpalone ognisko.

Wbrew początkowym opiniom, nie była to mobilna siedziba miejscowej Informacji Turystycznej, ale ważny punkt etapowy założony przez Bacownika nad Bacownikami, czyli Mariusza Sarapatę, który swym czynem uświadomił wszystkich, że sztuka przetrwania w górach niekoniecznie musi się wiązać z bolesnymi wyrzeczeniami do których niewątpliwie należy rezygnacja z grzanego piwa oraz grilla (a przynajmniej mikro-grilla).

Po takim wypoczynku cala ekipa radośnie dotarła na szczyt Jaworzyny Krynickiej skąd trasą narciarską zjechała do punktu startowego. „No i dało się!” – jak podsumował Tomek Konik ;-)

Wieczorem w DW Kolejarz odbyły się dwie prezentacje. Pierwsza z nich autorstwa Wojtka Moskala traktowała o Spitzbergenie i telemarku za kołem podbiegunowym. W sumie okazało się, że na nartach jeździ się najweselej właśnie w dalekiej Arktyce – przynajmniej tak to przedstawił Wojtek, a kto ma możliwość to niech sprawdzi sam. Druga prezentacja zrobiona przez Piotrka Kapustianyka była o Światowym Kongresie Narciarstwa, gdzie były również ciekawe akcenty telemarkowe z Polski.

Cały drugi dzień (sobota – 7 stycznia 2012) spędziliśmy w Tyliczu na stoku stacji narciarskiej Tylicz-ski przy przepięknej słonecznej pogodzie. Przedpołudnie było przeznaczone na warsztaty narciarskie w trakcie których kilku instruktorów dzieliło się swoimi doświadczeniami z uczestnikami Spotkania podzielonymi na grupy według stopnia zaawansowania. Przez cały dzień można było również testować sprzęt narciarski firmy G3 oraz Black Diamond. W międzyczasie pojawiła się też ekipa telewizyjna z TVP Kraków, która nakręciła materiał do swojego programu „Ślizg” (odcinek z 12.I – od 8-mej minuty oraz odcinek z 9.II – od 7-mej minuty).

Późnym popołudniem odbyły się zawody telemarkowe z wszystkimi charakterystycznymi elementami: bramka 360, skocznia, podbieg i oczywiście przejazd gigantowymi bramkami. Na starcie stanęło dwanaście trzyosobowych (w większości damsko-męskich) zespołów. Duch i poświęcenie wśród zawodników były tak wielkie, że nikt nie wycofał się z trasy ani nawet nie zawahał się przed oddaniem skoku (nieraz pierwszego w życiu). O zwycięstwie decydował bowiem łączny czas przejazdu całego zespołu.

Wręczenie pamiątkowych pucharów dla pierwszych trzech zespołów oraz pamiątkowych dyplomów dla wszystkich uczestników zawodów odbyło się w hotelu. Wyniki zawodów zostały zamieszczone tutaj.

 

Następnym punktem programu była bardzo ładna i ciekawa diaporama Sebastiana Skoczypca i Erwina Gorczycy na temat narciarskiego przejścia Alp Berneńskich. Później Sebastian przedstawił jeszcze na wesoło pewne spostrzeżenia dotyczące rozpoznawalności Szwajcarów.

Na zakończenie oficjalnej części wieczoru obejrzeliśmy nowy telemarkowy film „Breaking Trail”. Oficjalnie nie jestem upoważniony, żeby pisać co się działo w trakcie znacznie dłuższej nieoficjalnej części tego wieczoru…

Cały czas można było jednak oglądać i przymierzać sprzęt przywieziony przez Sklep Podróżnika i SnowSpirit.

Ostatniego dnia (niedziela – 8 stycznia 2012), kto był w stanie to przebrał się w to co miał dziwnego i przeniósł się na Jaworzynę Krynicką, gdzie kolorowa telemarkowa ekipa wyczyniała kupą przedziwne hołupce (jazda wężem, ławą etc. – po prostu Demo Team). Było tez kilku zapaleńców na starym drewniano-skórzanym sprzęcie. Tego dnia pogoda już nie rozpieszczała, gdyż intensywnie padał śnieg, co jednak nie wydawało się nikomu przeszkadzać w dobrej zabawie.

No i w ten sposób do historii przeszło kolejne już Polskie Spotkanie Telemarkowe po którym pozostały miłe wspomnienia i nowe znajomości. Do zobaczenia w przyszłym roku!

 

Poniżej więcej zdjęć w galeriach udostępnionych przez uczestników:
- galeria Asi Cent
- galeria Jacka Bełdowskiego
- galeria Jacka Bełdowskiego – zawody
- Hall of Fame (zdj. Jacek Bełdowski)

 

sty 092011
 

Tegoroczne Polskie Spotkanie Telemarkowe było już dziesiątym z kolei. Z przymrużeniem oka można więc powiedzieć że było to spotkanie jubileuszowe. Miejscem X PST była Jaworzyna Krynicka, która przez cztery dni (6-9 stycznia 2011) gościła kwiat polskiego „telemarczaństwa”. Grupa uczestników była wyjątkowo liczna i przekroczyła 80 osób.

Pierwszego dnia (czwartek) odbyła się wycieczka narciarska na trasie Złockie -Jaworzyna Krynicka – Runek – Bacówka nad Wierchomlą – Szczawnik. Na starcie stawiła się dzielna dwudziestoosobowa załoga telemarkowa. Warunki śniegowe w niższych partiach trasy nie były rewelacyjne, ale okazały się wystarczające do turowania. Od Jaworzyny do Runku zrobiło się nawet bardzo przyjemnie, a to za sprawą większej ilości śniegu i słonecznej zimowej scenerii. Jedynym „zgrzytem” okazał się odcinek tuż przed Bacówką nad Wierchomlą, gdzie na wystających kamieniach zostały skrzesane iskry. Ostatnim etapem wycieczki był nocny zjazd pod wiatr do Szczawnika po trasie wyciągu narciarskiego – na szczęście oświetlonej.


Wieczorem w OW „Edyta” Witek Gątarski poprowadził bardzo ciekawą prezentację na temat podstawowych zasad doboru butów narciarskich, zarówno z tradycyjnymi jak i termoformowalnymi botkami. Można było przy tej okazji zapoznać się z różnymi eksponatami (przekroje różnych botków, spalone botki termoformowalne itp.). Pytań było dużo, więc i prezentacja trwała dłuższą chwilę. Na zakończenie wieczoru odkorkowane zostały dwa specjalne eksponaty dostarczone przez Witka, które to zgromadzona publiczność z wielkim entuzjazmem oceniła jako idealnie uformowane i dopasowane do potrzeb narciarzy telemarkowych.

Drugiego dnia (piątek) na stokach Jaworzyny Krynickiej zostały zorganizowane warsztaty telemarkowe zarówno dla tych początkujących jak i bardziej zaawansowanych telemarkowców. Zainteresowanie wśród uczestników Spotkania było bardzo duże i zajęcia odbywały się w sześciu grupach w zależności od stopnia zaawansowania. Była to bardzo dobra okazja do rozpoczęcia przygody z telemarkiem pod okiem instruktorów i bardziej doświadczonych kolegów.


Program artystyczny wieczorową porą rozpoczął się od dwóch diaporam zaprezentowanych przez Erwina Gorczycę. Pierwsza traktowała o kilkudniowej alpejskiej wyprawie narciarskiej w rejonie masywu Ortel. Druga zaś opowiadała o nieco szaleńczej ekspedycji śladami Zaruskiego, która dla zachowania klimatu była realizowana na sprzęcie (nie wykluczając bielizny) z piastowskiej epoki narciarstwa polskiego. Jeszcze nie opadły retro-opary, a już Brat Grzegorz przedstawił krótką historię Polskich Spotkań Telemarkowych w wersji multimedialnej.

Niektórzy z obecnych nawet rozpoznali po latach samych siebie na starych zdjęciach. Na koniec Bracia Rogowscy zostali niezwykle miło zaskoczeni przez Grupę Inicjatywną, w której imieniu Jacek Bełdowski wręczył obydwu Braciom imienne krzesełka reżyserskie. Jacek w długiej, elokwentnej ale i zawiłej przemowie wyjaśnił związek między Spotkaniami Telemarkowymi a tymi krzesełkami, lecz stenogram niestety się nie zachował.

Trzeci dzień (sobota) został przeznaczony na wspólną jazdę na stoku, która była przeplatana ćwiczeniami narciarskimi takimi jak: jazda w rozpiętych butach i jazda z balonem. Punktem kulminacyjnym dnia były I Mistrzostwa Polskich Spotkań Telemarkowych, które odbyły się w ośrodku narciarskim Tylicz Ski. I tutaj niestety zawiodła pogoda, gdyż późnym popołudniem zaczął padać spory deszcz. Nie zawiedli jednak zawodnicy, którzy w komplecie stawili się na starcie telemarkowego giganta ustawionego przez Piotrka Kapustianyka. W strugach deszczu ponad dwudziestu zawodników walczyło o zwycięstwo w trzech kategoriach: kobiety, juniorzy i seniorzy (tak naprawdę to byli juniorzy starsi). Walka była zacięta do samego końca, a w żyłach zawodników płynęła czysta adrenalina.

Na koniec dla zwycięzców były fanfary, podium z beczek piwa i okolicznościowe puchary. Ceremonia wręczenia nagród rozpoczęła długi telemarkowy wieczór. Mógłbym o nim pisać naprawdę długo, gdybym coś więcej z niego pamiętał…

Wspaniała słoneczna pogoda i piękne widoki ostatniego, czwartego dnia (niedziela) w pełni ukoiły traumę sobotniego deszczu.

Był to niewątpliwe najbardziej pogodny i kolorowy dzień całego Spotkania Telemarkowego, również dlatego że był to dzień „przebierany”. Z każdym rokiem liczba telemarkowych przebierańców rośnie, a pomysły na stroje są coraz bardziej oryginalne. Tak więc obok kilku osób w strojach i na sprzęcie retro, był również warszawski bikiniarz, szczeciński ormowiec, miejscowy nie golony zakonnik, instruktorka technik wszelakich oraz templariusz. Ten barwny korowód wykonał kilka niezwykle skomplikowanych ewolucji z zakresu narciarstwa (a)synchronicznego, czyli węża, ławę, trójki, czwórki oraz rój. A jak mawiali starożytni Rzymianie – „koniec wieńczy dzieło”, więc X Polskie Spotkanie Telemarkowe można było uznać za zakończone.

I to by było na tyle… Do zobaczenia w przyszłym roku !

Poniżej znacznie więcej zdjęć w galeriach udostępnionych przez uczestników:
- galeria Mariusza Sarapaty
- galeria Leszka Witta
- galeria Asi i Marcina
- galeria Piotrka Michałkiewicza
- galeria Grześka Rogowskiego
- galeria Jacka Bełdowskiego – jazda przebierana
- galeria Jacka Bełdowskiego – zawody

no i oczywiście nie obędzie się bez Hall of Fame (sobota wieczór):
- Hall of Fame (zdj. Jacek Bełdowski)

sty 082011
 
010811_8289

Zawody odbywały się w trzech kategoriach:
- dziewczyny
- juniorzy (do 40 roku życia)
- seniorzy (powyżej 40 roku życia)

Poniżej prezentujemy wyniki od najniższego czasu począwszy. Prezentowany jest najlepszy czas podczas którego nie doszło do dyskwalifikacji (nieutrzymana pozycja telemarkowa, ominięcie bramki, itp.)

Dziewczyny:

pozycja Imię i nazwisko numer startowy najlepszy czas
1 Joanna Cent 35 49’74
2 Zuzanna Górska 22 50’01
3 Karolina Tabaszewska 16 53’11

Juniorzy:

pozycja Imię i nazwisko numer startowy najlepszy czas
1 Tymoteusz Stach 41 36’32
2 Paweł Kowalski 19 38’04
3 Paweł Nadybal 5 38’37
4 Grzegorz Rogowski 30 38’49
5 Jacek Grabowski 25 40’69
6 Michał Drwota 7 42’20
7 Gniewomir Oblicki 14 42’46
8 Krzysztof Pęczykiewicz 1 44’35
9 Bartosz Górski 32 44’77
10 Rafał Milewski 42 45’06
11 Michał Bluj 18 47’55
12 Tomasz Brylski 43 48’42
13 Tomasz Pawlas 27 52’87
14 Jakub Sikora 37 57’74

Seniorzy:

pozycja Imię i nazwisko numer startowy najlepszy czas
1 Jerzy Stach 26 41’74
2 Erwin Gorczyca 23 43’40
3 Leszek Witt 31 47’95
4 Piotr Kieracinski 38 48’93

Gratulujemy wszystkim uczestnikom i uczestniczkom!

sty 092010
 

 

IX Polskie Spotkanie Telemarkowe odbyło się w dniach 15-17 stycznia 2010 roku na Jaworzynie Krynickiej. Zima nie rozpieściła nas nadmiernie śniegiem, którego w terenie i poza trasami było po prostu mało, a wręcz należałoby powiedzieć, że za mało.

Na szczęście armatki śnieżne skompensowały kaprysy natury i trasy na Jaworzynie były dobrze przygotowane. Zima poskąpiła śniegu, ale za to nie pożałowała słońca, które wspaniale świeciło przez całe trzy dni i skutecznie odwracało uwagę od śniegowej mizerii w otaczających lasach.

Pierwszy dzień (piątek) był poświęcony na testy sprzętu telemarkowego i zabawy na nartach. Każdy mógł bezpłatnie przetestować sprzęt telemarkowy firmy G3, która za sprawą Maćka i Magdy już od kilku lat pojawia się niezawodnie na Spotkaniach Telemarkowych. No i jak co roku sprzęt był niemiłosiernie ujeżdżany i ogromnie chwalony przez licznych uczestników Spotkania.

Z ciekawostek warto zauważyć, że wśród sprzętu G3 były również modele, które pojawią się w sprzedaży … w przyszłym sezonie.

Jeśli idzie o zabawy na śniegu to była jazda z balonem między kolanami, jazda z jednym kijem, mono-mark i jazda na paluszkach. A jak mawiał mój szkolny nauczyciel „jeśli ktoś tego nie widział, to ja mu tego nie wytłumaczę”.

A już wieczorem przy ciepłym kominku wszyscy mieli okazję wysłuchać bardzo interesującej prezentacji dotyczącej zimowego bezpieczeństwa w górach, którą poprowadził Kuba Radliński (GOPR). Z kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć, że później nastąpiła część nieoficjalna programu. Rozpoczęliśmy ją jeszcze w miarę oficjalnie od puszczenia filmu telemarkowego „The Flakes”, ale potem film telemarkowy się urwał…

Drugiego dnia (sobota) odbywały się warsztaty doskonalenia techniki jazdy telemarkiem. Chętni mogli szlifować technikę pod okiem bardziej doświadczonych kolegów i instruktorów, czyli Agnieszki, Piotrka Kapustianyka i Braci R. Oto oni:

W sumie były cztery grupy o różnym stopniu zaawansowania.
Popołudniu Kuba Radliński poprowadził praktyczne zajęcia z posługiwania się sprzętem lawinowym. Niestety ze względu na małą ilość śniegu nie udało się przeprowadzić ćwiczenia symulującego poszukiwanie na lawinisku.

W części wieczornej Piotrek Kapustianyk odkrył część tajemnic profesjonalnego serwisowania nart, czyli między innymi jakie kąty mają być na jakiej długości krawędzi narty i tym podobne niuanse.

Następnie Erwin Gorczyca opowiedział o swojej alpejskiej turze po szwajcarskich lodowcach Oberlandu. Opowieść była ilustrowana piękną diaporamą, a wszystkim słuchaczom utkwiła w pamięci, chyba już na zawsze, postać Gibona. Późnym wieczorem dołączył do nas Przemek Chlebicki, właściciel Sklepu Podróżnika, który wydał już drugą książkę na temat telemarku w języku polskim.

Część literacką wieczoru rozpoczęła prezentacja rękopisu „Wiśnie Krakowskie” autorstwa Witolda Gątarskiego, po czym nastąpiło wspólne czytanie nowości wydawniczej zatytułowanej „Cytryny Gdańskie” nadesłanej przez Oficynę Adama i Hanny Grochowskich. Te białe kruki cieszyły się tak wielkim zainteresowaniem, że dla każdego starczyło nie więcej niż pół akapitu…

Trzeciego dnia (niedziela) na stoku królował styl retro. Niewątpliwą sensację wywołał Erwin (przydomek „z Telemarktips”) wraz z Małżonką Zosią oraz Sebastian (przydomek „z Koszulki”), którzy zaprezentowali się nie tylko w ubiorach z epoki, ale również na pięknym starym sprzęcie.

Nie muszę dodawać, że nie tylko pozowali do zdjęć, ale również bardzo sprawnie pomykali po stoku ku zdumieniu zgromadzonej gawiedzi. I tak na przykład Erwin wielu Przydomków, na sprzęcie sprzed stulecia… proszę się przyglądnąć….

… wykonuje się body-carving z kijem (tzw. kijo-carving).

Nie bez powodu tylu przydomków się doczekał…

Punktem kulminacyjnym była seria grupowych ewolucji, czyli jazda wężem, ławą, parami a nawet piątkami.

No i ja tam byłem miód i nalewki piłem…

Na stronie, oprócz swoich, wykorzystaliśmy zdjęcia autorstwa Karoliny Tabaszewskiej, Marcina Kocóra i Asi Cent oraz Jacka Bełdowskiego. Fotografom serdecznie dziękujemy za udostępnienie materiałów.

Tu znajdziecie więcej zdjęć ze Spotkania (naszego autorstwa):

collage

A tu zdjęcia Asi Cent i Marcina Kocóra:

collage

Zdjęcia autorstwa Karoliny Tabaszewskiej:

collage

Oraz tradycyjnie dwie galerie zrobione przez Jacka Bełdowskiego (w tym jedna z twarzami ze Spotkania – sobotni wieczór):

collage
collage

Na koniec dwie długo oczekiwane galerie autorstwa Sławka Pilcha:

collage
collage

 

sty 092009
 

VIII Polskie Spotkanie Telemarkowe już za nami. Spotkanie tym razem koncentrowało się wokół nowo otwartych tras Szczawnika w Ośrodku Narciarskim Dwie Doliny. Dwie Doliny to po prostu Wierchomla plus Szczawnik. Dzięki nowej trasie schodzącej do Szczawnika łatwodostępne stały się polany i zbocza rzadkich lasów bukowych o różnym stopniu nachylenia. Tym samym ośrodek bardzo zyskał jako miejsce, w którym można zacząć swoją przygodę ze zjazdami pozatrasowymi, co nieomieszkaliśmy wykorzystać.

Było nas sporo; ponad piećdziesiąt osób aktywnie telemarkujących, razem z rodzinami i zainteresowanymi znajomymi około osiemdziesiąt. Pełen przekrój zaawansowania, począwszy od osób, które po raz pierwszy założyły narty telemarkowe, skończywszy na doświadczonych, bardzo dobrze jeżdżących telemarkowcach.

Warunki śniegowe dopisały. Było już na tyle śniegu, że dało się jeździć poza trasami. Nawet w lesie warunki były całkiem znośne. Dzięki temu szkółkę dla bardziej zaawansowanych (piątek po południu) przenieśliśmy poza trasę. Śniegu było na tyle, że można było na własnej skórze poznać przedsmak tip-dive’u tylnej narty. Początkujący też mieli co robić. Łagodny stok przy orczyku u góry trasy Szczawnika zapełnił się osobami stawiającymi pierwsze kroki w telemarku. Potem część początkujących twardo jeździła poza trasą z bardziej zaawansowanymi; takie nowe telemarkowe harpagany rosną :)

W przyszłym roku spróbujemy rozbić zajęcia na mniejsze grupki i zaangażować doświadczonych uczestników, aby wykorzystać ich potencjał, a jednocześnie zwiększyć efektywność lekcji.

W sobotę rozegraliśmy Zawody z cyklu Otwartych Mistrzostw Polski w Jeździe Na Nartach z Wolną Piętą w Najdziwniejszy Sposób. Upominki dostarczyła firma K2. Przy ocenie zwracaliśmy uwagę na poprawny telemark, zaangażowanie, technikę oraz oczywiście na tzw. jajo :) Staraliśmy się każdy wyczyn uwiecznić, co nie było łatwe przy zapadającym zmroku i narastającym mrozie. W bezruchu było naprawdę zimno. Zresztą, najwyraźniej tego samego zdania był pisak, którym mieliśmy robić notatki. Po kilku minutach bezczelnie zamarzł. A oto nagrodzone przejazdy:

- Wojtek – bezparodnowy atak na tyczkę;
- Leszek – pełne zaangażowanie, aż odrywał się od śniegu;
- Zbyszek – wysokiej jakości pady na. tzw. pinheada (niestety nie zachowało się nagranie);
- Tomek – trzy słowa wymierzone w komisję i problemy z filmowaniem gotowe;
- Marek – drugi takiej jakości śpiew można najbliżej usłyszeć w Tyrolu;
- Erwin – kto czytał Świętą Białą Książeczkę ten wie co to za ewolucja;
- Dziewczyny – piękna praca grupowa.

W sobotę i w niedzielę była możliwość przetestowania nart firm K2 oraz G3. Wybór był szeroki, a zainteresowanie – rzecz jasna – duże. Każdy miał możliwość pojeżdżenia na przynajmniej kilku różnych modelach. Wrażenia z jazdy na tych nartach znajdziecie na naszym Forum Telemarkowym (wątek „Testy nart na PST 2009″). Jeszcze raz dziękujemy Maćkowi Kasperczakowi (G3) i Piotrkowi Gąsiorowskiemu (K2) za przybycie na Spotkanie i umożliwienie jazdy na tych doskonałych nartach. Nadmienię jeszcze, że dzięki Sławkowi Pilchowi była dostępna do jazdy jedna para nart polskiej produkcji (!), mianowicie Majesty Doppler FS. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku będziemy mieli możliwość przetestować więcej nart tej firmy – szczególnie interesujące wydają się narty z serii BC.

Ale Spotkanie to nie tylko wydarzenia na stoku. To także wspólne wieczory przy ciasteczkach, piwie i od tego roku przy projektorze. Atmosfera wieczorami, jak zawsze, doskonała. To możliwość, żeby na spokojnie porozmawiać z innymi, podzielić się spotrzeżeniami odnośnie sprzętu, techniki, pożartować i pośpiewać. A propos śpiewu; grupa gitarowa coraz mocniejsza – Mariusz, Pik i Śledziu nie próżnowali.

Projektor też nie próżnował – oglądnęliśmy takie filmy telemarkowe jak Powderwhore 07, The Pact, Open Windows. Nawet Steep się gdzieś zaplątał.

Z innych atrakcji: w sobotę wieczór Piotrek Kapustianyk przeprowadził prezentację dotyczącą telemarku, jego historii, podstawowych ewolucji telemarkowych i metodyki nauczania. Prezentacja multimedialna była tym ciekawsza, że zawierała krótkie fimy pokazujące dane ewolucje i skręty. Dla osób nie obeznanych z terminologią techniki narciarskiej był to dobry sposób na zrozumienie danej ewolucji. Osobiście postanowiłem opanować przedstawiony przez Piotrka skręt rotacyjny i WN. Pierwsze próby wypadły pomyślnie :)

 

Aha, nie wiem ilu z Was próbowało jazdy z kijem (Agnieszka, Piotrek i Jacek na pewno); do niedawna wydawało mi się że ja też już to próbowałem, ale myliłem się. Rzecz w tym, że nie może to być długi kijek, kijaszek czy inne kijątko. To musi być KIJ, a raczej coś podchodzącego pod drąga. Wybrałem technikę na kajakarza. Teraz już wiem czemu tego dawniej używali – wystarczy oprzeć końcówkę kija o śnieg i zaczyna się skręcać. Nie trzeba nic odciążać, dociążać, po prostu naciskamy rękami na kij i zakręt wychodzi sam. Zabawne uczucie, całkiem przyjemne, proponuję spróbować w ramach ćwiczeń.

Obok wyśmienitych gitarzystów, mieliśmy też kilku świetnych fotografów. Efekty ich pracy możecie oglądać na tej stronie i w galeriach poniżej.

Chcielibyśmy serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom za przybycie i wspólną jazdę i zabawę. Patrząc z perspektywy, bardzo się cieszymy, że założyliśmy Polską Stronę Telemarkową oraz że zaczęliśmy organizować te Spotkania. Bez tego nigdy nie bylibyśmy w stanie poznać tylu interesujących, wartościowych ludzi i współdzielić z nimi tę pasję, jaką jest telemark.

Do rychłego zobaczenia!

Grzesiek i Wojtek Rogowscy

 

Tu znajdziecie więcej zdjęć ze Spotkania (naszego autorstwa):

collage

Tu zdjęcia zrobione przez Marcina Topyło:

collage

A tu zdjęcia Maćka Sadurskiego:

collage

Dwie galerie zrobione przez Jacka Bełdowskiego:

collage

collage

…i zdjęcia zrobione przez Titusa:

collage

mar 092008
 
Trafiliśmy z terminem i dobrze i źle. Dobrze, bo akurat napadało metr świeżego puchu. Źle, bo gdy przyjechaliśmy, to wciąż padało, wiało przeraźliwie, było zimno i trasy zasypane świeżym były już pełne muld. Ale to „złe” miało swoje dobre strony, bo zmusiło Piotrka, żeby choć pierwszego dnia uczyć się telemarku na łatwej trasie (na dole przynajmniej było widać dokąd się jedzie). Pierwsze wrażenie: podchodzimy do wagoników, a tam połowa narciarzy targa szerokie, długie dechy freeridowe. Widać sporo telemarkerów. Piotrek mówi: „jak mogłem ich wcześniej nie zauważyć?”. Na stoku ciemno; wieje; trudno. Spadamy trochę niżej, gdzie przynajmniej coś widać.Jeszcze o sklepie „Okay”: to centrum tamtejszego, tj. w Engelbergu, freeridu i telemarku. Jest tam wypożyczalnia, sklep, serwis, biuro turystyczne, organizujące m.in. wycieczki na rakietach śnieżnych, szkolenia lawinowe.

Doradziłem Piotrkowi narty K2 World Piste, jak mi się wydaje najbardziej uniwersalne narty telemarkowe. Sprawdziły się. Próbowałem – znakomite dechy. Polecam wszystkim, którzy poszukują sprzętu, który nie sprawia kłopotów w prowadzeniu, a jest już bardzo stabilny i szybki, dobrze trzyma na krawędziach i ładnie jedzie na wprost. Natomiast sprawiły nam kłopot Rottefelle Cobra R8 Tour Mode. Otóż ów wynalazek wciąż sam się włączał podczas jazdy. Po jeździe zgłosiliśmy właścicielowi (bardzo sympatyczny człowiek): podobno zmienił wiązania (K2 ma inserty, więc to nie problem), ale problem z „automatycznym” tour modem pozostał. Piotrek na szczęście jest inżynierem i znalazł na to sposób, który widać na zdjęciach.

Drugi dzień wita nas słońcem i mrozem. Wjeżdżamy na górę około 11. Od razu widzę skąd tylu freeridowców: szerokie, przeogromne połacie śniegu pocięte śladami nart i desek. Oni po prostu wiedzą, że to jest miejsce na freeride. Telemarkowcy jeżdżą głównie off piste – tego terminu się tu głównie używa. Widać jednak także tych, którzy uprawiają freeride: w tym skoki z licznych skałek i uskoków.

Na Titlis (3200) i sąsiedniej górze Jochstock (2564), które stanowią jeden kompleks narciarski, jest wg informatora 80 km tras narciarskich. Wydaje się, że tyle to jest razem z biegowymi. Jednak samych zjazdowych też dość: czerwone i kilka odcinków czarnych. Trasy dość szybkie, ale warto je poznać gdyż są odcinki w obniżeniach terenu – trzeba je „brać” z rozpędu. Jakaś niebieska trasa też jest na górze (na Jochpass), ale akurat nieczynna. Kilka łatwych tras – takich do nauki – nieco niżej (Gerschnialp). Znakomite nartostrady, prowadzące do Engelbergu. Szerokie, dość szybkie z fajnymi zjazdami. Sztuczne naśnieżanie aż do wysokości 2500 m.n.p.m. (także nartostrady naśnieżane). W Engelbergu, oprócz kompleksu Titlis, jest też mniejszy kompleks narciarski Brunni na górze Schonegg (2040). Jest tam też skocznia, na której odbywają się zawody; są bardzo liczne trasy biegowe.

Drugiego dnia Piotrek już jeździ. Na nogi trochę narzeka, ale bez przesady. Ja kilka razy próbuję zjazdów pozatrasowych. Ląduję w głębokim puchu o ogromnej miąższości. Ale, ale! O tym jaki to puch przekonaliśmy się pierwszego dnia, gdy na skróty przez śnieżne pole próbujemy przejść po płaskim 100 metrów do początku wyciągu. Nie da się. Narty toną w głębokim puchu. Po dziesięciu metrach zawracamy na ubite i docieramy na miejsce dookoła. Teraz już drugi dzień. Zjechałem z trasy i próbuje się ruszyć w dół. Muszę mocno dociskać pięty, żeby dzioby zechciały wyjść z puchu i jechać w dół. Skręt telemarkowy tylko z mocnego wybicia i tylko na bardziej stromych odcinkach, gdzie udało się bardziej rozpędzić. Zaczynam naprawdę rozumieć, po co są te szerokie i długie dechy i dlaczego, wbrew radom Michaela McLura z G3, kolega z Okaya radził bym narty freeridowe kupił 182 cm, a nie 177 cm. Od tego momentu jestem na te freeridowki nieco bardziej „podjarany”. W każdym razie zaliczyłem off piste cały zjazd z 2500 nad jezioro (ok. 1700). Kilkakrotnie lądując w głębokim puchu, z którego nie dałem rady podnieść się bez pomocy kijka (gdy podpierałem się ręką, twarz lądowała w śniegu – tyle i tak miękkiego było tego białego), a ten wchodził aż po rękojeść (ustawiony na 125 cm – stąd moja ocena o metrze świeżego puchu).

Trzeciego dnia było ciepło. Śnieg poza trasami zleżał i był ciężki. Dało się już jechać, ale po deskarzach, którzy jeździli w poprzek stoków, pozostały tam twarde już „schody”. Trochę utrudniały zjazdy pozatrasowe, ale dało się znaleźć obszary mniej zryte. Znów kilka razy zjechałem bokiem. Piotrek w zasadzie już jeździł poprawnie, wciąż zbyt szybko, jak na początki. Tego dnia wjechaliśmy na samą górę, na 3000 m. Zjechaliśmy bardzo stromą rynną, niesamowicie zmuldzoną, skacząc z muldy na muldę. To była jedyna droga na dół, tj. na 2400. Po tym dniu Piotrek po wyjściu z samochodu aż przysiadł.

Czwarty dzień powitał nas chmurą. Nie jeździliśmy już na samej górze (może ze dwa zjazdy z 2400), ale z ok. 2100 do 1800/1700 i parę razy z Jochpass (2200) – trzymaliśmy się pod chmurami. Cały czas bardzo dobrze przygotowane trasy, tylko na najbardziej stromych odcinkach nieco zmuldzone pod koniec dnia, ale bez przesady. Tłoku nie było ani na trasach ani do wyciągów. Także nartostrady przejezdne. Zalodzenia pojawiały się z rzadka i jakoś dało się na nich utrzymać narty w ryzach.

Widzieliśmy treningi, a na Jochstock przygotowania do zawodów pucharu świata w narciarstwie alpejskim, które miały miejsce w niedzielę. W sobotę był też w knajpie na Jochpass festiwal muzyczny.

Byliśmy świadkami dwóch interwencji śmigłowca ratunkowego. W jednym wypadku – zderzenie dwóch narciarzy – ofiary były poważne. Ratownicy nie tylko zwieźli ofiary do śmigłowca, ale także odgrodzili kawałek trasy, gdzie miał miejsce wypadek. Na śniegu wyrysowali jego przebieg. Przeprowadzili długie szkolenie dla grupy ludzi – byli to zapewne świadkowie wypadku, ew. członkowie grupy, w której zdarzył się wypadek – omawiając wypadek. Potem przyjechała policja; z rysunku na śniegu widać wyraźnie którego z uczestników uznano winnym wypadku. Potem przyjechało jeszcze dwóch facetów (może ktoś z ubezpieczeń?) i cały obszar dokładnie pomierzono i zanotowano pomiary w kajecie. Ci ratownicy byli na miejscu ponad dwie godziny. Widać, że w Szwajcarii poważnie podchodzi się do analizy wypadków narciarskich.

Mówiłem Piotrkowi, że w trzy dni nauczy się jeździć telemarkiem. Zasadniczo się to sprawdziło. Oczywiście sporo wciąż do poprawienia i doskonalenia (m.in. poniesienie pozycji), ale kto nie musi nad czymś pracować. Titlis to znakomita miejscówka freeridowa. Więcej tam obszarów do jazdy pozatrasowej niż tras. W Engelbergu jest Klub Telemarkowy (związany ze sklepem Okay i restauracją Yukatan). Warto do Szwajcarii przyjechać na narty. Ceny noclegów w apartamentach, jak gdzie indziej; karnety poniżej 100 zł za dzień (przy karnecie na tydzień; 4-dniowe wyszły po ok. 100 zł); w supermarketach można kupić jedzenie w rozsądnych cenach. Knajpy jednak bardzo drogie.

Pik

 

Pełna galeria poniżej. Zdjęcia wykonał Piotr Kieraciński.

collage

 

lut 092008
 
babia_sm

Sympatyczna jednodniowa wycieczka; wybraliśmy się w trójkę: Ilonka, Pik i ja. Pogoda była niepewna – chmury, ale z możliwymi przejaśnieniami. Sniegu poniżej 900 mnpm bardzo mało, dlatego zdecydowaliśmy się od razu zacząć wyżej – czyli z Przełęczy Krowiarki.

 

Do samej Sokolicy i trochę ponad nią wycieczka miała znamiona typowej sielanki – przyjemne podejście, niezbyt uciążliwy wiatr, nawet słońce wyglądało od czasu do czasu. Ponieważ ruszyliśmy dosyć późno (ok. 10 rano) dlatego w okolicy Sokolicy mieliśmy możliwość spotkać pierwszych piechurów zmierzających w przeciwną stronę. Czerwone twarze ściśle opatulone kapturami nie wróżyły nic dobrego. Niech za dalszy opis posłuży relacja Pika:

„Mimo ostrzeżeń tych, którzy wyszli przed nami i zawrócili, mówiąc nam, że nie da się wejść na Babią, poszliśmy. Wiatr co prawda przewrócił Ilonkę kilka razy; szlismy niemal na ślepo, bo od jednego słupka wyznaczającego szlak nie widać było następnego. Ślady poprzedników natychmiast zawiewał śnieg. Okulary blyskawicznie zostały zaszronione drobnymi kruszynkami lodu, które wdzierały się też pod nieprzewiewne i wodoodporne kurtki. Pianka, która osłania otwory wentylacyjne w gogalch, zostala zamrożona dopiero wtedy, gdy juz gogle byly zaszronione i pelne śniegu/lodu. Szlismy niemal nic nie widząc, bo szron zmroził nam i zakleił powieki. Jakos staralismy sie omijać kamienie wystające spod wywianego miejscami sniegu. Ale daliśmy radę. Powyżej granicy lasu temp. ok – 20 C, wiatr 100 km/h. Przypominają nam o tym odmrożenia na policzkach i powiekach. Zjazd na Bronę to dramatyczna walka we mgle/chmurze z kalafiorami i uskokami (moze lepiej byloby, gdybysmy widzieli dokąd zjeżdżamy). Zjazd z Brony, dzieki napotkaniu skiturowcow, którzy znakomicie znali drogę, to wspaniała jazda w puchu. Znakomite uwieńczenie tej przygody. Potem juz tyko trasa płajem do samochodu.
[...]
W każdym razie było super. Wycieczka absolutnie pierwszorzędna. Rzadko sie trafia taka jazda jak z Brony na Markowe Szczawiny.”

 

Tak po prawdzie moje doświadczenie ze zjazdu w górnym odcinku było znacznie lepsze. Mnie jako jedynemu z grupy gogle nie zaszroniły się, więc nie miałem problemu z wypatrywaniem drogi i odmrożeniami powiek. Skończyło się tylko na nosie, policzku i kawałku brody :)

 

Gdy już dotarliśmy na Bronę i zaczęliśmy zjazd słońce wyszło na dobre i wiatr się uspokoił. A że warunki do zjazdu były wyśmienite to chyba widać na tych zdjęciach. Klimat sielanki powrócił na dobre.

 

Na sam koniec, tak jak wspominał Pik, zrobiliśmy prawie po płaskim – płajem do Krowiarek. Przydatne okazało się lekkie posmarowanie nart niebieskim smarem do chodzenia. Dzięki temu bardzo wygodnie i szybko pokonaliśmy z odbicia nordyckiego pozostałe 8km.

Vive le telemark!

Opis trasy którą zrobiliśmy można znaleźć w sekcji „trasy„.

Grzesiek Rogowski

 

Pełna galeria poniżej. Zdjęcia wykonał Piotr Kieraciński.

  • Hammerhead w pozycję pivot 1 i idziemy...
  • Popas nim wyjdziemy z lasu.
  • wedrowka Ilonka.JPG
  • wedrowka Grzesiek R.JPG
  • Przed Sokolicą. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy jak wieje na górze.
  • Teraz już sobie trochę zdajemy sprawę...
  • To co tygrysy lubią najbardziej, wreszcie świeży śnieg.
  • zjazd Grzesiek R 1.JPG
  • Ilonka przecina.
  • Spotkaliśmy także skiturowców.
  • zjazd lasem dziewczyna.jpg
  • Pik przecina.
  • zjazd lasem 2 Pik.jpg
  • zjazd lasem Ilonka.jpg

 

sty 092008
 

Tegoroczne Spotkanie Telemarkowe było już siódmym z kolei i pod kilkoma względami miało wyjątkowy charakter. Pogoda nas za bardzo nie rozpieszczała przez te trzy styczniowe dni i można powiedzieć, że impreza odbyła się pod znakiem mrozu i bardzo silnego wiatru, który najwyraźniej przegnał ze stoku innych narciarzy – Wierchomla praktycznie świeciła pustkami. Z przyjemnością spotkaliśmy starych znajomych i poznaliśmy kilka nowych osób, które mamy nadzieję, na trwałe złapały bakcyla jazdy w przyklękach. Poranek pierwszego dnia przywitał wszystkich pięknym słońcem, ale i mocnym mroźnym wiatrem. Tego dnia telemarkerzy zaczęli się dopiero zjeżdżać, więc przez większość dnia grono było kameralne i nastawione na wspólne szlifowanie umiejętności. Bardzo cieszyliśmy się widząc ogromne postępy, jakie wszyscy uczynili od zeszłego roku. Z kolei nowi adepci „telesztuki” dosłownie z godziny na godzinę jeździli coraz lepiej. Serce rosło!

Drugi dzień rozpoczął się od amatorskich zawodów telemarkowych, które od cyklu Pucharu Świata różniły się jedynie tym, że nie był mierzony czas :-) . Piotrek Kapustianyk przygotował tyczki, taśmy i wszelkie inne dobro niezbędne do ustawienia prostego telemark classic. Zorganizowanie trasy poszło szybko i sprawnie (kilka bramek gigantowych, bramka 360, krótki podbieg), tak że przez dwie godziny mogliśmy się bawić na stoku i doskonalić swoje umiejętności na Olimpiadę Zimową 2022 Gdziekolwiek Się Ona Odbędzie – może właśnie na Fiedorze w Wierchomli ;-) Dla większości z nas były to pierwsze doświadczenia w jeździe na tyczkach i jak się okazało zabawa była doskonała. Nawet bardzo prosty stok po ustawieniu paru bramek nabiera charakteru, gdyż trzeba jechać tam gdzie wytyczona jest trasa, a nie tam gdzie narty poniosą.

W czasie, gdy trwała jazda na tyczkach, niestrudzeni przedstawiciele firm G3 (Magda i Maciek Kasperczak) i K2 (Piotrek Gąsiorowski i Marek Gdesz) rozstawiali namioty ze sprzętem, aby rozpieszczać telemaniaków darmowymi testami sprzętu tych zacnych firm. A było w czym przebierać! G3 i K2 zaprezentowało praktycznie pełną ofertę nart telemarkowych i freeride’owych tychże producentów. Swoistym rarytasem były trzy pary nart K2 i butów w systemie NTN. Więcej naszych wrażeń z przeprowadzonych testów znajdziecie tutaj . Możliwość testowania najnowszych modeli nart G3 i K2 była niewątpliwie jedną z największych atrakcji tegorocznego Spotkania Telemarkowego. Dla wielu telemarkowców było to bardzo interesujące doświadczenie, które dało szansę porównania kilku modeli nart, butów i wiązań oraz wybrania tego, co najbardziej odpowiada indywidualnym potrzebom i stylowi jazdy.

No i oczywiście wieczory, uświetniane gitarą Pika, okraszane dobrymi humorami oraz odpowiednimi trunkami – dobry czas, żeby spokojnie pogadać o telemarku i nie tylko, oglądnąć jakiś film telemarkowy lub przeglądnąć świeże nagrania telemarkowców ze stoku z danego dnia.

W niedzielę Polskie Spotkanie Telemarkowe miało swoje kilkadziesiąt sekund w telewizji ogólnopolskiej TVP Info, gdzie pojawiła się zajawka o telemarku z uczestnikami Spotkania w roli głównej. Przygotowanie tego krótkiego materiału zajęło praktycznie całe przedpołudnie, ale chyba było warto. Przez całą Polskę musiał przejść dreszcz emocji, gdy wąż telemarkowców zjeżdżał po stoku :-)

Koło południa uczestnicy zaczęli się powoli rozjeżdzać do swoich domów (nieraz bardzo odległych). Dodam jeszcze, że dzięki prywatnej (a jakże sympatycznej) inicjatywie Sławka każdy dostał pamiątkowy breloczek z VII Polskiego Spotkania Telemarkowego. Mamy nadzieję, że wszyscy, podobnie jak my, zabrali ze sobą również miłe wspomnienia i że w przyszłym roku spotkamy się w niemniejszym gronie.

Bracia Rogowscy

Pełna galeria poniżej. Zdjęcia wykonali: Piotr Kieraciński, Mirek i Mirka Machulak, bracia Rogowscy.

collage

A tu jeszcze jedna od Sławka:

collage

 

 

sty 092007
 
No proszę, jak ten czas leci. Za nami VI Polskie Spotkanie Telemarkowe – Wierchomla 2007. Spotkanie odbyło się w dosyć nieprzychylnych warunkach – niewiele śniegu, czasami nawet padał deszcz, ale było też słońce. Niemniej jednak, gdy spoglądam teraz raz po raz za okno to muszę stwierdzić, że i tak mieliśmy sporo szczęścia – załapaliśmy się na ostatki zimy (w styczniu – o zgrozo!). A przynajmniej na razie. Jedyna zaleta tego stanu rzeczy to brak kolejek na wyciągach, ale marna to pociecha. Jeszcze kilka lat temu było nas pięciu na I Spotkaniu Telemarkowym, a obecnie doliczyłem się 27 osób jeżdżących telemarkiem. Gdyby nie przykra aura zapewne dociągnęlibyśmy do czterdziestki. Ale postępy widać nie tylko w ilości uczestników, ale też w ich umiejętnościach. Naprawdę przyjemnie się patrzy jak nasi polscy telemarkowcy sobie radzą na śniegu – odnosi się to zarówno do panów jak i pań, bo i takie są już wśród nas coraz liczniej reprezentowane – oby tak dalej!Na marginesie; ogarnia mnie pewne zdumienie, gdy widzę jak nowi adepci telemarku szybko uczą się tej techniki – dałbym głowę, że 10 lat temu szło to nam (a przynajmniej mnie) jakieś trzy razy wolniej… No coż, może to kwestia sprzętu :)

Spotkanie zaczęło się w piątek rano (5 stycznia). Bez większych ceregieli zabraliśmy się za to, po co się spotkaliśmy, czyli za jazdę telemarkiem. W miarę możliwości służyliśmy radą i pomocą odnośnie techniki, niemniej jednak, jeżeli ktoś czuje niedosyt w tym względzie to zachęcamy przy najbliższej okazji do pytań do mnie i do Wojtka.

W sobotę dołączyli do nas instruktorzy i jeszcze kilka osób pod przewodnictwem Piotrka Kapustianyka. Tworząc pokaźną grupę zjechaliśmy kilka razy wężem i tyralierą – tego nie dało się nie zauważyć :)

Po południu dzięki Piotrkowi mieliśmy możliwość zapoznania się z ramowym programem PZNu dotyczącym telemarku. Oprócz tego oglądnęliśmy telemarkowy film instruktażowy czeskiego demo teamu. W związku z tym wywiązała się dosyć ciekawa dyskusja na temat szczegółów techniki telemarkowej, ale również tego, czym jest telemark.

Na PST 2007 po raz pierwszy mieliśmy stoisko Sklepu Podróżnika. Była możliwość osobistego obejrzenia szerokiego wachlarza turystycznych nart Tua. Bardzo sympatyczne narty; w opinii telemarkowców, którzy ich używali zebrały bardzo dobre oceny, doskonałe do turystyki i posiadające dobre parametry zjazdowe. W ofercie sklepu są też buty Crispi i wiązania firmy Rotefella.

Natomiast wieczorami tradycyjnie lało się piwo i znikały różne przekąski – oczywiście na kwaterze u pana Zielińskiego. Pik dotrzymał obietnicy i przywiózł gitarę; doskonale uświetnił imprezę – chwała mu za to. Dodatkowo wywołał lekką konsternację swoją uwagą na temat muzyki heavy metalowej w klipach telemarkowych. Jako że temat nie został szerzej rozwinięty, będzie go trzeba kiedyś pociągnąć :) Oglądnęliśmy też trzy filmy telemarkowe: Powderwhores 05 i 06 oraz Lost Season. Znalazła się też chwila czasu na przeglądnięcie nagrań zrobionych w ciągu dnia; wszyscy sfilmowani mogli obejrzeć się w akcji.

Do innych ciekawych wydarzeń PST 2007 należy zaliczyć pojawienie się Piotrka „Juniora” Gąsiorowskiego wraz z kolegą. Ci znamienici Tatrzanie najwyraźniej z nudów zabawiali się wyprzedzaniem wszystkich narciarzy. Robili to oczywiście tyłem, okraszając od czasu do czasu swoją jazdę malowniczymi skokami. Bardzo mi zapadła w pamięć ich relacja – wynikająca niewątpliwie z bogatego doświadczenia w tej materii – na temat łopotania kurtki przy różnych prędkościach. Otóż, po osiągnięciu odpowiedniej prędkości kurtka narciarza zaczyna łopotać. Gdy narciarz – najlepiej telemarkowy – zaczyna przyspieszać to łopotanie zanika, a kurtka mocno opina ciało. Wreszcie, gdy kurtka zaczyna wściekle łopotać to znaczy, że przekroczyliśmy 130km/h. I tak, na zdjęciu poniżej widać, że Junior próbuje osiągnąć prędkość pierwszego łopotania (a więc swoją minimalną prędkość przelotową), co nie jest łatwe na łagodnych stokach Wierchomli.

Dowiedzieliśmy się też od niego, że ostatecznie pożegnał się z Magazynem narciarSKIm i będzie rozkręcał własne pismo. Na pewno więcej w nim będzie o telemarku – yes, yes, yes!

Niestety ze względu na niewielką ilość śniegu nie udało się wkręcić tyczek slalomowych, w związku z czym zawody/zabawa (zależy jak kto do tej kwestii podchodzi) ostatecznie nie odbyły się. Z powodu ilości śniegu nie zrobiliśmy obiecywanych zjazdów pozatrasowych. Za rok będzie lepiej :) Szkoda też, że obok śniegu, zabrakło również takich znamienitych postaci świata telemarkowego jak Marcin Eckert, Krzysiek Boczek, Artur Hojda, Adaśko z Anią, czy Seba z Basią Sebową i wielu innych np. tych których mieliśmy przyjemność poznać w zeszłym roku.

Pomimo rzeczonych braków atmosfera była doskonała i jest to niewątpliwie zasługa wszystkich bez wyjątku uczestników. Wielkie dzięki za wspólną zabawę i jeżdżenie.

Autor: Grzegorz Rogowski
Zdjęcia: Piotr Kieraciński, Wojciech Rogowski

sty 092006
 

 

Relacja na bazie maila Pika na Forum Telemarkowym:

„Telemark je navykovy!” – takie właśnie było hasło tegorocznej edycji Telemark Party. Można je tłumaczyć „Telemark uzależnia”. Ci, którzy zaczęli jeździć telemarkiem i załapali, o co w tym chodzi, wiedzą, że to prawda. Drugie hasło wypisane na koszulkach, które dostali uczestnicy brzmi: „Never mind Alpine, here’s telemark”. Bez złośliwości :-)
Pierwsze dwa dni spędziliśmy w chmurach – dosłownie.

Jazda była dość trudna, ale i tak jeździliśmy ściankę off-piste, także trochę lasu- Kristofero miał do tego najwięcej serca, a może po prostu był najbardziej na te drzewa zawzięty. Snehode podmenky – jak zwykle na Martinskich Holach – velmi dobre. W niedzielę wyszło słońce, otworzyły się te wspaniałe widoki na pasmo Krywania, Tatry Wysokie i Niskie oraz Wielka Fatrę. Piątkową imprezę przespałem, wiec nic o niej nie opowiem – może inni uczestnicy się wypowiedzą, choć mówili mi, ze nic ciekawego nie było.

W sobotę Sherpa Band zaczął grać z dużym opóźnieniem. Grał jak zwykle cudownie, ale poszliśmy spać wcześniej. Inni tymczasem bawili się hucznie i znakomicie do 3 rano. Oznacza to, ze trzeba nam „świeżej krwi” :-) Było nas 14 osób z Polski, w tym tylko 7-8 jeżdżących telemarkiem. [....] Pojawiła się nowa kobieta jeżdżąca telemarkiem – śliczna Magda, którą przywiózł „Junior”.

 

sty 092006
 

Tego jeszcze nie było! Blisko 20 uczestniczek i uczestników V Spotkania Telemarkowego w Wierchomli (6-8 styczeń 2006). Do boomu telemarkowego to jeszcze daleko, ale widać wyraźny wzrost – blisko dwukrotny – w porównaniu z poprzednimi latami. Dziękujemy wszystkim uczestnikom za wspaniałą atmosferę do jakiej się wszyscy osobiście przyczynili w ciągu tych kilku dni.

Poniżej zamieszczamy kilka zdjęć z wycieczki w sobotę (Wierchomla->Runek->Hala Łabowska->Wierchomla) i z niedzieli (jazda poza trasami w okolicy ośrodka). Zdjęcia są autorstwa  Artura Hojdy, Piotrka Kieracińskiego, Mirka Machulaka i Leszka Witta i Grześka Rogowskiego. Wszystkim autorom dziękujemy za udostępnienie zdjęć.

 

gru 092005
 

Po Świętach Bożego Narodzenia 2005 wybraliśmy się na krótką wycieczkę ze Szczawnicy do Jaworek via Durbaszka. Dwóch kolegów – Marcin i Mariusz – byli na sprzęcie turowym, my zaś, a jakby inaczej, na szpeju telemarkowym. Trasa jestw zasadzie rekreacyjna, zwłaszcza gdy wyjedzie się w Szczawnicy krzesełkiem na Palenicę. Stamtąd jest kilka łagodnych podejść i zjazdów do Durbaszki a potem w dół do Jaworek. Przy ładnej pogodzie trasa jest bardzo malownicza z pięknymi widokami na Beskid Sądecki, Pieniny, no i Tatry. Nam pogoda jednak niezbyt dopisywała, lecz dla miłośników przygody nie jest to przeszkoda :) Wszystko szło gładko i przyjemnie aż do momentu, gdy w godzinach popołudniowych nadciągnęła lekka odwilż. Śnieg stał się ciężki i wyjątkowo lepki. Pod nartami zaczęły się robić monstrualne „gule” śniegowe i po przejściu kilkuset metrów człowiek miał już dość, zwłaszcza gdy okazało się, że również w dół stoku również trzeba było schodzić a nie zjeżdzać. A my ku swej własnej zgubie nie wzięliśmy smarów do jazdy! Po kilku kwadransach bólu dotraliśmy do schroniska i tam poratowano nas świeczką, która umożliwiła nam zjazd do Jaworek. W zasadzie zbędnym jest dodanie, że sprzęt telemarkowy kolejny raz udowodnił swoją wyższość nad czymkolwiek innym ;)

 

lut 092005
 

W dniach 25-27.02.2005 r. w ośrodku narciarskim Jasna na Słowacji, odbyły się zawody freeride’owe zaliczane do cyklu najbardziej prestiżowej imprezy na świecie w tej dyscyplinie – Red Bull Snow Thirll. Sa to zawody gat. Freeski Big Mountain, polegjące na tym, że zawodnik pokonuje wybraną drogę zjazdu, biegnacą często przez kuluary, strome zbocza, nawisy, do tego w cenie sa także skoki z klifów, etc,. …Wszystko po to by wywrzeć jak najlepsze wrażenie na sędziach, którzy oceniają agresywność jazdy z jaką zawodnik pokonuje wybraną trasę (najlepiej nie zwalniając – co mogłoby świadczyć o chwilach wahania), jej trudność, panowanie na nartami (nie mowy o żadnych upadkach) i oczywiście skoki z nawisów i skał (im wyższe i bardziej przerażające tym lepiej).

Polskę w tych zawodach (godnie) reprezentowali Magadalena Derezińska (www.galuszka.com.pl), Piotr Gąsiorowski (Rossignol/Quiksilver,Garmont) oraz Paweł Górniak (Rossignol/Quiksilver) pokazując świetne przygotowanie, niebywała odwagę, a także niezłomną wolę walki.

Piotr Gąsiorowski był pierwszym zawodnikiem, który wystartował tego dnia – do tego jako jedyny uczestnik startował na sprzęcie do telemarku, także jako jedyny wykonał trick w czasie skoku – front flip z nawisu snieznego – którego ustał! Wywołując fale uwielbienia i entuzjazmu wsród pozostałych uczestników i sędziów (1:0 telemark vs alpine ski?)… Wydawało się, że miejsce w finale jest w zasięgu jego ręki, niestety…. chwilę wcześniej, jeszcze przy starcie wpadł w amok, co sprawiło, że jechał na oślep, raz po raz tracąc panowanie nad nartami, w końcu zdezorientowany – siadł swoimi szanownymi czterema literami w puszysty śnieg i „przesaneczkował” ok. 2m. Gdy się ocknął i powtórnie kontynuował swój zjazd było już za późno; sędziowie odjęli punkty. Tym samym Piotrek zajął 26 miejsce.

Zdjęcie: Copyright Tomáš Matwikow – FreeSkiing.cz (.sk)

Magdalena Derezińska -jedyna kobieta w polskiej reprezentacji, także jedna z niewielu, która zdecydowała się wziąć udział w takich zawodach. Redbull Snow Thrill Qualification 2005, był pierwszym tak poważnym freeride’owym debiutem. Do tej pory Magda startowała (z resztą z dużym powodzeniem) w zawodach skialipnistycznych wynosząc z tamtąd spore doświadczenie w jezdzie poza trasami, co na pewno pomogło jej podczas opisanych zawodów. Magda zjechała ładną kombinacją żlebów, by w końcu zrobić potężną „kreskę” w stromym kuluarze – w ten sposób (ani jedenego skrętu), z dużą predkoscią dojechała do samej mety. Pomimo dobrego stylu i czasu w jakim Magda pokonała swoja trasę, została sklasyfikowana dopiero na szóstym miejscu.

Paweł Górniak – od początku był typowany jako najpewniejszy zawodnik w polskiej ekipie, niestety sprawił wszytskim niespodziankę. Zjechał zdecydowanie poniżej swoich sporych umiejętnosci. Sam mówił, ze nie ma pojecia dlaczego tak się stało, nie mniej jednak znając potencjał i odwagę Pawła możemy się jeszcze spodziewać dobrych startów w zawodach i wielu akcji poza nimi.

Zawodnicy pragną podziękować za nieocenioną pomoc swoim sponsorom , bez których udział w zawodach RedBull Snow Thrill Jasna 2005 Qualification nie byłby możliwy. Są nimi:
ROSSIGNOL, GARMONT, QUIKSILVER, GAŁUSZKA -PIEKARNIA PAROWA
oraz
SKODA AUTO
AUTOREMO

sty 092005
 

A oto relacja z VI Telemark Party w Martinskich Holach w wykonaniu Pika okraszona zdjęciami i filmikami:

W niedzielę 23 stycznia okrutnymi „przebojami” z wyjazdem samochodów z zasypanego parkingu na Martinskich Holach zakończyła się VI edycja Telemark Party. Nasza grupę reprezentowali: Sebastian Skoczypiec z żoną Basia; Rogowscy Bros z żonami Łucją i Kasia oraz trzema innymi osobami towarzyszącymi (z rodziny); Piotr „Junior” („Absolwent”) Gąsiorowski z kolegą; niżej podpisany z żoną Jolą i córką Justynką. W sumie silna ekipa, ale tylko 5 osób jeżdżących telemarkiem….

Warunki śniegowe na Martinskich Holach były znakomite: dużo śniegu i ani śladu lodu. W piątek i sobotę trasa czerwona (ta po prawej stronie patrząc z dołu) nie była ratrakowana i można było zjeżdżać w 40 centymetrowym świeżutkim puchu – miodzio! Przez cały czas można było jeździć w puchu lasem. Z obu tych możliwości korzystaliśmy. Pogoda była wybitnie wysokogórska: mróz, chmury, wiatr i śnieg. Nie przeszkadzało nam to jeździć, tylko rozgrzewaczy trzeba było stosować trochę więcej niż zwykle – korzystaliśmy obficie, bo nie były drogie. Sebastian i ja zakupiliśmy na okoliczność tej ekstremalnej pogody kominiarki (sprawdzały się! polecamy!).

W piątek wieczorem w trakcie prezentacji filmów z poprzedniej edycji Telemark Party i Telemark Setkanie oraz Telemark Rallye – filmy znakomite; cieszyły się zainteresowaniem i powodzeniem nawet u Justynki (najbardziej podobały się jej licznie uwiecznione sekwencje upadków i koziołkowania w śniegu z uczepionymi nartami) – sympatyczna „Śnieguliczka” (czyli … Gandhi) serwował(a) napitek z drewna.

W sobotę były zawody. Tuz po nich Piotr Junior Gąsiorowski wykonał front flipa (o ile nie mylę nazwy), uwiecznionego na filmie przez Grześka Rogowskiego. Po jazdach były jeszcze zabawy przy wyciągu, m.in. zimny szaszłyk z kolejki… Wieczorem tańce przy znakomitej, niezrównanej jak zwykle – Sherpa Band (poszliśmy spać wcześnie, niestety… Ale wstyd!). Zakwaterowanie w Chacie Martinske Hole – zeszłoroczny hotel był bardziej komfortowy, ale nie było źle: spod samej chaty można było na nartach zjechać do wyciągu, a potem z trasy pod same drzwi chaty (ogromna zaleta). W sumie super! Przy najbliższej okazji zaprezentujemy pamiątkowe pomarańczowe (jakie mogły być w tym roku?) koszulki z Telemark Party 2005. Kto nie był niech żałuje i szykuje się na przyszły rok.

Omawialiśmy w tzw. gronie odwieczną kwestię tzw. polskiego spotkania telemarkowgo. Najwięcej zapału – zapału neofity, dodam – wykazywali Sebastian (jeszcze go życie nie „uziemiło”). Doszliśmy do „odkrywczej” konkluzji, powtarzanej wcześniej przy rożnych okazjach, ze należy termin ustalić ze sporym wyprzedzeniem, czyli jesienią. Rog. Bros. wiążą ogromne nadzieje na rozwój tej pięknej formy narciarstwa z osobą Piotrka Kapustianyka, który zorganizował pierwsza w (wolnej) Polsce wypożyczalnię sprzętu tele i ma szanse być pierwszym licencjonowanym instruktorem telemarku – szczerze życzę! A Kolegom (i jednej – dotychczas chyba tylko – Koleżance) czytaczom życzę zdrowych kolan.

Autor: Piotr Kieraciński

 

 

sty 092005
 

W słoneczny i lekko mroźny styczniowy weekend odbyło się IV Spotkanie Telemarkowe. Na osnieżonych stokach Wierchomli bratały się w przyklękach Warszawska Grupa Telemarkowa wraz z Sądecką Grupą Telemarkową. Kolejny raz ku uciesze zgromadzonej gawiedzi polscy telemarkeros wykonywali skomplikowane stopogięcia i kolanogięcia niosąc nieustannie (nawet w Szabat) dobrą nowinę o wyzwoleniu pięty z okowów wiązania. A wszystko to w wierze, że zasiane ziarno wyda w przyszłym roku plon tak obfity, że w wypożyczalni Piotra Kapustianyka zabraknie telemarkowego szpeja dla neofitów.

 

Był to także czas pozatrasowego oddalenia się od zgiełku cywilizacji – Titus nawet oddalił się na tyle, że już mieliśmy wzywać GOPR, tak kusząca była perspektywa pojeżdżenia po nieskalanej płaszczyźnie śniegu.

Wracając jednak do chronologii… Warszawska Grupa Telemarkowa (WGT) przybywszy w czwartek spędziła cały piątek na stoku i w krótkim wypadzie przetarła szlak do Bacówki nad Wierchomlą celem spożycia bigosu z dzika. Lecz było to zdecydowanie za mało dla żądnych przygody narciarzy, którzy posmakowali świeżego śniegu. Następnego dnia znaleźli głębokie zrozumienie wśród przybyłej Sądeckiej Grupy Telemarkowej i koło południa po wykonaniu kilku ewangelizacyjnych szusów na stoku cała ekipa ruszyła na Jaworzynę Krynicką. Na trasie stoczona została bohaterska walka z przeważającą liczebnie grupą kajakarzy na biegówkach (średnia wieku ok. 10 lat) prowadzoną przez trenera ze złamaną nartą. Mimo to, na Runku w duchu fair-play ustąpiliśmy młodzieży pola udzielając tzw. handicapu, który okazał się na tyle duży, że już ich więcej nie zobaczyliśmy… Pościg kontynuowaliśmy jednak prawie do samej Jaworzyny, gdzie nadchodzący zmrok zmusił nas do odwrotu. Ciemności nas nie ogarnęły i uniknęliśmy w ten sposób atrakcji w postaci nocnego zjazdu przy czołówkach (rzecz oczywista byłaby to największa atrakcja dla miejscowych wilków …).

W niedzielę było już maksymalnie pozatrasowo i terenowo. Zjeżdżona została każda hala w okolicy, zwłaszcza w kierunku „do potoka” :) Snieg i pogoda były wprost idealne na tego typu eskapady. Trochę w kość dał nam jedynie „kamienisty lasek”, który zostawił niezatarte wrażenie na ślizgach naszych nart. Wszystkie trudy wynagrodził zjazd z północnego grzbietu Pustej Wielkiej, który był kwintesencją narciarstwa terenowego: kto był to mnie rozumie, a kogo nie było temu nie jestem w stanie wytłumaczyć :)

Hall of Fame:

Warszawska Grupa Telemarkowa:
Jacek Bełdowski
Michał Bluj
Marcin Eckert
Titus Atomicus

Sądecka Grupa Telemarkowa:
Piotr Kapustianyk
Wojciech Rogowski
Grzegorz Rogowski

Autor: Wojciech Rogowski

 

sty 092004
 

W ostatni weekend na Martinskich Holach w Małej Fatrze odbyła się 5. edycja Telemark Party. Impreza zgromadziła dość liczną (była to bodaj najliczniejsza z dotychczasowych imprez tego typu w Słowacji i zapewne w Czechach) grupę telemarkerów i sympatyków telemarku, a naszą polską grupę telemarkową reprezentowali Grzesiek i Wojtek Rogowscy z żonami, Piotrek „Junior” Gąsiorowski (który wraz z kolegami z Norwegii pojawił się na zawodach w sobotę) i ja (z rodziną).

Mieliśmy do dyspozycji kilka ładnych, dobrze przygotowanych tras i wyciągi bez kolejek (niestety, czynne tylko do 15.30), dość wygodny hotel, niezłe jedzenie. Śniegi były znakomite, pogoda też – mróz. Z górnych stacji wyciągów rozciągały się wspaniałe widoki na obie Fatry, Tatry Wysokie i Niskie i wiele innych pasm górskich. Na stokach wyróżniała się grupa jeżdżących telemarkiem – było nas sporo i tych jeżdżących znakomicie, średniaków, jak i początkujących, którzy mogli uczestniczyć w kursach telemarku, prowadzonych przez kolegów z Czech i Słowacji oraz Arno Kleina z Austrii. Można było wypożyczyć sprzęt. Było też trochę okazji, żeby zobaczyć, a czasami wypróbować, sprzęt kolegów. Pojawił się m.in. gość na legendarnych Karhu Jak (i Linkenach). Warmpeace z Pragi przywiózł trochę fajnych ciuchów własnej produkcji, zwłaszcza bardzo dobrze skrojonych kurtek Goretexowych, które sprzedawano 25 proc. taniej niz normalnie (a już znacznie taniej niż podobne firmy North Face, które zapewne nie różnią się jakością).

Chociaż jazdy kończyły się o 15.30, wieczorem było co robić. W piątek były: impreza na dworze, czyli ognisko z herbatką, ciasteczkami (i alkoholami, ale to już za dodatkowe pieniądze), zawody w jeździe dwóch narciarzy na jednych nartach – naszą grupę reprezentowali w nich Bracia Rogowscy, a potem – juz w hotelu – filmy telemarkowe: produkcja słowacka (film z ubiegłorocznej Telemark Rallye) oraz Unparalleled III. W sobotni wieczór odbyło się dość interesujące spotkanie z Arno Kleinem z Austrii, który prezentował historię technik i wiązań narciarskich. Była to bardzo uporządkowana i pouczająca prelekcja, w której Arno pokazał różnice między różnymi technikami skrętnymi, a zakończył tezą, że różne techniki się zmieniały, a telemark był, jest i będzie wciąż wśród nich obecny. Prelegent pokazał bardzo zabawne modele narciarzy, które same zjeżdżały – jeden carvingiem, a drugi telemarkiem – po trasie z deski pokrytej dywanikiem. Arno prezentował też dwa stare filmy o narciarstwie. Oczywiście kulminacyjnym punktem programu była potańcówka przy wtórze rewelacyjnego Sherpa Band.

Oprócz wspomnianych już piątkowych wieczornych zawodów, w sobotę odbył się Telemark Cross, w którym Polskę reprezentował Piotrek Junior Gąsiorowski. Potem wraz z kolegami z Norwegii na trasie – a właściwie na skoczniach – zawodów zaprezentowali skoki z obrotami i saltami. W niedzielę przed południem odbyła się parada telemarkowa w tradycyjnych strojach. Prowadzili ja koledzy z Czech, ze szkoły narciarskiej w Rokytnicach: najpierw zabawna rozgrzewka, potem zjazd trasa w różnych konfiguracjach: „wężykiem” z kijami i bez, parami „łączonymi” (za pomocą kijków narciarskich), parami szybkimi skrętami, itp. Kostiumy to już nie były tylko stroje „z epoki”, ale kostiumy z balu przebierańców: był zatem Janosik (Peter Kollar) i hrabia w smokingu i cylindrze (Dodo Slezak), wikingowie (jacyś ludzie na sprzęcie turowym), tyrolczyk, „military squad”, itp. Była niezła zabawa, która zwróciła uwagę wszystkich jeżdżących na stoku. Coraz większa grupa ludzi dysponuje starym sprzętem.

Organizatorzy – Słowacki Klub Telemarkowy, a głównie Peter Kollar i Evka Zilinska – spisali się znakomicie. Tym razem nie było żadnych niedomówień w sprawie programu. Każdy uczestnik otrzymał program na eleganckich kartach uczestnictwa. Organizatorzy przygotowali też drobne upominki dla uczestników, w tym pamiątkowe czapeczki z polaru. Przede wszystkim zapewnili duże zniżki na noclegi (40 proc.) i skipasy (30 proc.). W hotelu była całkiem dobra kuchnia. Można było (za dodatkową opłatą) skorzystać z basenu, sauny, gabinetu odnowy biologicznej.

Autor: Piotr Kieraciński

 

 

lut 092002
 

W dniach 16-17 lutego 2002 w Dolinie Chochołowskiej odbyło się kolejne spotkanie polskiego bractwa telemarkowego („siosterstwa” wciąż jeszcze nie ma). W Tatrach stawiło się siedmiu odważnych i żądnych śniegu telemanów. Piękna tatrzańska sceneria okazała się niewątpliwie godnym miejscem do uprawiania tej najszlachetniejszej formy narciarstwa :) Pogoda przez te dwa dni była wręcz idealna – mocno świecące słońce, praktycznie bezchmurne niebo i prawie wiosenna temperatura.

Pierwszy dzień rozpoczął się od rozgrzewki na niewielkim stoku koło schroniska na Polanie Chochołowskiej. W trakcie kilku zjazdów każdy szybko rozgrzał ścięgna Achillesa. Po przybyciu prezesa TKS „Tęcza” i założeniu fok cała ekipa dziarsko ruszyła na Grzesia. Zgodnie z oczekiwaniami podejście okazało się dość łatwe, tylko na jednym ostrzejszym fragmencie pod samym Grzesiem foki „nie wyrabiały”. Po krótkim postoju i posiłku na szczycie (w towarzystwie 40 ratowników TOPR i 15 sióstr zakonnych) zjechaliśmy z Grzesia na niewielkie siodło. Do zjazdu nie zdejmowaliśmy fok, więc był on nieco szarpany (w fokach nienajgorzej się zjeżdża na wprost, natomiast wykonywanie jakichkolwiek skrętów jest raczej kłopotliwe). Na siodle znajdował się nawis śnieżny. Rzecz jasna, Piotrek Gąsiorowski nie odpuścił mu i wykonał „off-pajstowo-free-rajdowo-hard-core’owy” skok, który dla potomności został uwieczniony na zdjęciach a wszyscy, którzy go widzieli będą o nim opowiadać swoim wnukom. Po krótkim przejściu granią w kierunku Wołowca zdecydowaliśmy się wykonać zjazd spod Rakonia w kierunku Wyżniej Chochołowskiej. Stok okazał się wspaniały – szeroki, długi o sporym nachyleniu. Śnieg ku wielkiej radości zebranych był prawie idealny (kopa do połowy łydek a pod spodem twardo). Na dole wszyscy w ekstatycznych nastrojach płakali ze szczęścia i padali sobie w ramiona (… no może trochę przesadzam …) Przed nami był jeszcze jeden etap zjazdu, jak się okazało znacznie bardziej wymagający. Mianowicie zjazd leśną ścieżką, która miejscami była stroma i wąska. W sumie więc trzeba było się sporo nagimnastykować i naskakać, ale szczęśliwie dotarliśmy do schroniska bez strat własnych.

Jadalnia w schronisku w trakcie kolacji stała się miejscem ożywionej dyskusji programowej na temat kształtu polskiego ruchu telemarkowego również w aspekcie zbliżającej się olimpiady zimowej w Turynie na której telemark będzie dyscypliną pokazową. Duże emocje wywołała kwestia nazwy prężnie działającego na Podhalu klubu TKS „Tęcza” – chodziło o to czy nazwa klubu przyciągnie pożądany profil nowych członków (dyskusję można szczegółowo prześledzić na stenogramie z posiedzenia). W trakcie rozmowy coraz bardziej krystalizowała się również sprawa emblematów (i ewentualnie sztandaru :) ) oraz poszukiwania sponsorów (włącznie z aspektami podatkowymi działalności).

Drugiego dnia ze względu na warunki śniegowe (które najlepsze okazały się w rejonie Wołowca i Rakonia) zdecydowaliśmy się powtórzyć wcześniejszą wycieczkę. Tym razem jednak wyszliśmy na sam Rakoń od strony Wyżniej Chochołowskiej. Wkrótce okazało się, że warunki śniegowe w Tatrach mogą się bardzo szybko zmienić. Pogoda wciąż była piękna, jednak wiał silny wiatr, który przewiał wczorajszy kopny śnieg, po którym w zasadzie nie pozostało już śladu. Pojawił się za to firn a miejscami ciężki przewiany śnieg. Na Rakoń wyszliśmy dość szybko i sprawnie (foki kolejny raz spisały się na 100%). Po krótkim odpoczynku na Rakoniu zaatkowaliśmy zbocze tej góry. Jazda po firnie była łatwiejsza niż się można było spodziewać – narty bardzo dobrze trzymają na powierzchni tego typu wydając przy tym odgłos startującego odrzutowca. Znacznie trudniej jechało się w ciężkim przewianym śniegu (jazda wymaga znacznie precyzyjniejszego obciążania nart i przenoszenia ciężaru, więc nikomu nie brakowało mniej lub bardziej efektownych „bęcków”). W strefie lasu kilku śmiałków zdecydowało się na jazdę między młodymi smrekami (piękna to była rzecz!). Drugi etap był powtórką z poprzedniego dnia i trzeba przyznać, że znajomość terenu zrobiła swoje (pomimo większego zmęczenia posuwaliśmy się znacznie szybciej niż dzień wcześniej).

Po dotarciu do schroniska na Polanie Chochołowskiej nie pozostało nic innego jak tylko zebrać klamoty, przepłukać gardła i ruszyć do domu…

Hall of Fame:

Jacek Bełdowski
Michał Bluj
Marcin Eckert
Piotr Gąsiorowski
Piotr Kieraciński
Grzegorz Rogowski
Wojciech Rogowski

Autor: Wojciech Rogowski

gru 092001
 

W dniach 27-30 grudnia 2001 odbyła się w Suchej Dolinie koło Piwnicznej impreza, która w pierwotnym zamierzeniu miała być małą szkółką telemarkową, a dość nieoczekiwanie stała się największym zlotem polskich telemarkowców (o większej imprezie telemarkowej w Polsce w każdym razie nie słyszeliśmy). Nie chcę nikogo epatować liczbami, ale uczestników było w sumie sześciu ;-) Warunki narciarskie były przez cały czas doskonałe, więc w ciągu tych kilku dni wykonano niezliczoną ilość przyklęków (zwanych również „przykucami”), zarówno tych głębszych, jak i płytszych.

Nasza grupa wywoływała spore zainteresowanie na stoku – jednego lub dwóch facetów z „połamanymi” wiązaniami można uznać za fatamorganę lub inną przejściową anomalię, jednak tak liczna grupa nie jest możliwa do zignorowania. Fakt ten był z pewnością jedną z przyczyn okrzyków takich jak „Norwegowie !!!” (wzięliśmy to za komplement :) )

Każde takie spotkanie jest wspaniałą okazją do wymiany doświadczeń i zapoznania się ze sprzętem używanym przez innych telemanów. W naszej grupie dominowały plastikowe buty i wiązania z kablem. Jedynie Piotrek Kieraciński śmiało zapodawał na sprzęcie śladowym. Można też było się pochwalić własnymi patentami takimi jak podpiętki własnoręcznie wykonane z drutu elektrodowego, czy też łuska misternie wyrzeźbiona w ślizgach nart.

Bardzo dużym zaskoczeniem było tempo z jakim telemani zdobywali nowe umiejętności – w ciągu 2-3 dni zaobserwowaliśmy bardzo duże postępy. Nie da się ukryć, że nauka z pomocą kogoś bardziej zaawansowanego jest znacznie szybsza od samodzielnego zdobywania wszystkich umiejętności. Nic by to jednak nie znaczyło bez uporu i wytrwałości, które czynią z polskich telemarkowców najbardziej twardy gatunek narciarzy na południe od Norwegii :)

Oczywiście, że nie mogłoby być mowy o ważnym spotkaniu telemarkowym bez wspólnego terenowego jeżdżenia w kopnym śniegu (czyli prawie że free-ride’u). Jest to element trudny, lecz sprawiający największą radość – a poza tym konieczny do turystyki narciarskiej. Warto pamiętać, że im bardziej człowieka sponiewiera po różnych krzakach tym satysfakcja jest większa.

 

W trakcie imprezy zabrakło jedynie skoków odważnych i dalekich. Pewien niedosyt wśród uczestników wywołał brak mistrzów Zakopiańskiej Szkoły Skoku Telemarkowego – nikt jednak nie odważył się wypełnić tej próżni.

Całą imprezę należy uznać za bardzo udaną i trwać w niezłomnym postanowieniu o stawieniu się na następnej w pełnym rynsztunku i z podniesioną przyłbicą…

Autor: Wojciech Rogowski

mar 092001
 

Podobnie jak w zeszłym roku zawody odbyły się w marcu a dokładnie 17-tego. Na starcie stanęli „żądni krwi, potu i łez” ski -alpniści z całego kraju, (jak Polska długa i szeroka). W większości wszyscy startowali na sprzęcie tourowym z wyjątkiem dwóch fascynatów całkowicie wolnej pięty, którzy braki kondycyjne nadrabiali miną i silną wolą przetrwania!

Trasę stanowiła pętla od schroniska w dolinie Chochołowskiej na Grzesia, stamtąd granią na Rakoń, później zjazd do doliny Wyżniej Chochołowskiej i do schroniska. Pętle tę należało przebyć dwa razy i na tym nie koniec: z Wyżniej Chochołowskiej „podbieg” na przełęcz pod Wołowcem, zjazd do Wyżniej Chochołowskiej i stamtąd do mety koło schroniska. W sumie 23,1 km z przewyższeniem 1700 metrów- niby nic ale, telemarkowym chartom dało nieźle w d…. .

Najlepszy okazał się Grzegorz Bargiel z czasem 2:49:23.7 określił trasę jako mało męczącą, podczas gdy najszybszy tele-zawodnik Michał Trzebunia uzyskał 4:38:51.7 kończąc na 11 pozycji. Warto tutaj zwrócić uwagę na determinację Piotra Gąsiorowskiego, który to w stanie skrajnego wyczerpania dotarł do mety z blisko 5 godzinnym czasem (brakło niecałe 6 minut – „dorobi” następnym razem, żeby było równo) i uzyskując 12 miejsce.

Ogólnie rzecz biorąc impreza była bardzo udana , trasa technicznie nie była trudna, wszystko było dobrze zorganizowane, a każdy startujący otrzymał nagrodę. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będzie widać więcej zawodników z pod znaku wolnej pięty, którzy stawią czoła górskiej zimie i silnemu lobby ski-alpinistów na protezach (blokada w zjeździe!).

Autor: Piotr Gąsiorowski i Michał Trzebunia

 

 

lut 092001
 

W dniach 17-18.II.2001 w Kluszkowcach koło Czorsztyna odbyła się impreza, którą z pewnym przymrużeniem oka nazwaliśmy I Polskim Spotkaniem Telemarkowym. Celem tego nieformalnego zjazdu było spotkanie się osób jeżdżących i zainteresowanych telemarkiem, które poznały się dzięki Polskiej Stronie Telemarkowej i liście dyskusyjnej. Innymi słowy chodziło o wspólną jazdę telemarkiem, wymianę doświadczeń i dobrą zabawę.

Ze względu na fatalne warunki śniegowe w tym okresie pierwotne miejsce spotkania, czyli Wierchomla zostało zmienione na Kluszkowce. Pogoda była też jedną z przyczyn nieco gorszej frekwencji niż się początkowo spodziewaliśmy – no cóż, ale tak to już bywa w naszym klimacie. Przyjechali ludzie z całej Polski: z Warszawy, Krakowa, Zakopanego, Nowego Sącza – co prawda było nas w sumie tylko sześciu, lecz sądzę że można już mówić o ogólnopolskim wymiarze tej imprezy :-)

 

Piotrek Gąsiorowski zaszczepił w nas zamiłowanie do skoków (Małyszomania ???) i obeszło się bez poważniejszych wypadków. Niestety skocznia o punkcie konstrukcyjnym K=2,5 m, której używaliśmy do naszych prób szybko została zniwelowana do poziomu gleby i musieliśmy się zadowolić zwykłą muldą K=1,5 m :-) A skok ekstremalny z miejscowej stodoły nie doszedł do skutku, gdyż nie byliśmy pewni konsekwencji prawnych jakie Prawo Budowlane przewiduje wobec skoczka w przypadku wywołania szkód (np. oberwanie kilku desek). Tak swoją drogą skoki z dachu w polskich warunkach mogą stanowić doskonały substytut skoków ze skoczni narciarskiej – i tu Krokiew i tu krokiew.

Być może udało się również w czasie spotkania pchnąć nieco do przodu technikę telemarkową (piszę „być może” ponieważ nie jestem pewien, czy ktoś juz tego wcześniej nie wymyślił). Chodzi o zastosowanie pozycji „tele jajo” – narciarz w głębokim przysiadzie siada na pięcie swego buta, dzięki czemu uzyskuje się pozycję wręcz doskonałą aerodynamicznie. Lepszy współczynnik oporu osiąga się jedynie jeżdżąc tzw. „doggy style” (należy klęknąć obydwoma kolanami na nartach i schować się za dziobami swoich nart). Jednak „tele jajo” jest niewątpliwie znacznie bardziej stabilne od „doggy”. Dzięki pozycji „tele jajo” można uzyskiwać duże prędkości w jeździe na wprost lub w ogóle poruszać się do przodu, gdy ma się silny przeciwny wiatr (jak to było w niedzielę w Kluszkowcach).

Poza tym, zgodnie z przypuszczeniami jazda „stadna” telemarkiem sprawia znacznie więcej frajdy niż indywidualna walka ze stokiem. Nasza grupa została zauważona na stoku i spotykaliśmy się nawet z wyrazami sympatii zwłaszcza ze strony starszych narciarzy, którzy telemarkiem jeździli w nieco odleglejszych czasach.

Najcenniejsza w tym wszystkim była jednak możliwość poznania ludzi, którzy dzielą wspólne pasje: góry, narty i telemark. I w tym tkwi sens organizowania tego typu spotkań.

Autor: Wojciech Rogowski